Na balu u Senatora
To, że witryna „Julian Tuwim w Internecie” jest wyrazem czytelniczej fascynacji, nie zwalnia od zauważenia i udokumentowania mało chwalebnych działań poety. Najwięcej ma się mu do zarzucenia w czasach powojennych, gdy od 1946 roku mieszkał i (nie) tworzył w Polsce. Polsce rządzonej przez komunistów. Wszak i dziś są tacy, którzy odmawiają Tuwimowi udziału w polskiej kulturze, właśnie z tego powodu.
Zanim jednak przeczytamy o uzależnieniu Tuwima od władz, kilka słów pokazujących kim był w tamtych czasach. Przede wszystkim, wbrew temu jak go tytułowano, nie był poetą. To znaczy jego działalność w nikłym stopniu dotyczyła poezji. Rzadko kiedy bywał też publicystą czy aktywistą – a to tych aspektów jego działalności tyczy się podnoszona do dziś krytyka, o czym możemy poczytać w niniejszym artykule. Cóż więc robił? Bardzo dużo pracował – opracowywał antologie, tłumaczenia, dyrektorował teatrowi muzycznemu, publikował ciekawostki w „Problemach”. Dawało mu to duży dochód, dzięki czemu mógł np. zatrudnić kierowcę – jak przed wojną! Ten szeroki zakres aktywności mało kogo dziś obchodzi, bo zdecydowanie bardziej wyraziste jest jego poparcie dla nowych porządków.
W tym miejscu warto krótko wspomnieć o zdecydowanych pozytywach ówczesnej działalności Tuwima. Pomimo wygodnego życia, jakie było jego udziałem, nie zapominał o innych poetach – wymusił na oficjalnych czynnikach jubileusz Staffa, wspomagał Papuszę, utworzył fundusz stypendialny dla początkujących poetów. Przez długi czas nieznany był jego udział w wypraszaniu łaski dla skazanych na śmierć „żołnierzy wyklętych”, jak dziś na nich mówimy. Dla wielu współczesnych krytyków nie są to jednak istotne „okoliczności łagodzące”.
Przeciwnicy Tuwima zarzucają mu, że po powrocie do Polski dostał mieszkanie w Warszawie, willę w Aninie, sekretarkę, samochód z kierowcą – jednym słowem był dopieszczany przez władze. Z jednej strony to nieprawda, bo zasadniczo dostał ruinę willi, której remont sfinansował (a po jego śmierci rodzina i tak musiała się z niej wynieść), a pracowników opłacał z własnej kieszeni. Z drugiej strony to jednak prawda, bo umożliwiono mu zarobienie pieniędzy, potrzebnych do uzyskania powyższych dóbr. Jak to się dziś mówi – był beneficjentem zmian ustrojowych:
(z listów do siostry, rok 1946) „Czytelnik” jest potężnym przedsiębiorstwem, które zapewniło mi pracę, zarobki, wszelkie możliwe wygody (sekretarka, auto, przydziały etc.). Stopniowo zaczną się ukazywać moje książki – dawne i nowe. (…) Dla literatów w Polsce otworzyło się olbrzymie pole do działania – i pod tym względem możesz być spokojna: że pracy będzie po uszy.
(…) Najwyższe „czynniki” są niesłychanie życzliwie usposobione do mnie i okazują to na każdym kroku. Dotychczasowy, bardzo płytki zresztą bilans mojego tygodniowego pobytu w Warszawie jest następujący: mieszkam lepiej niż w New Yorku, klimat milion razy lepszy niż w New Yorku, ludzie przyjemniejsi, życie ciekawsze, perspektywy pracy i poczucie własnej wartości nieskończenie większe. I cały ten New York – wobec ruin i nędzy Najcudowniejszej Warszawy – jest głupią, nędzną dziurą.
Osobą, która wprowadzała go na komunistyczne salony, był Jerzy Borejsza, przez jakiś czas najważniejszy człowiek w polskiej literaturze, władca „Czytelnika”, ktoś pomiędzy impresariem, a zarządcą najważniejszych pisarzy polskich lat 40-tych. To on był głównym inicjatorem Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju we Wrocławiu (1948), w którym zresztą Tuwim brał udział. Poniżej relacja z innego wydarzenia:
Borejsza zaproponował, aby pojechać na Pole Mokotowskie na Krajowy Zlot Młodzieży ZWM. Przyznam się, że nie wiedziałem, co te litery oznaczają. Dowiedziałem się, że to Związek Walki Młodych. Zlot odbywa się w drugą rocznicę Manifestu PKWN. Rano była defilada, na którą, dureń i kaleka, nie poszedłem. Potem dowiedziałem się, jakie to było wspaniałe i fascynujące widowisko. Ale na zwiedzanie obozu dałem się już namówić. – Już z daleka Pole Mokotowskie wyglądało jak olbrzymi, różnobarwny klomb. Stały tam setki namiotów, ozdobionych chorągwiami państwowymi i mnóstwem kolorowych chorągwi poszczególnych delegacji z całej Polski. Młodzież robotnicza i chłopska w barwnych strojach, dziewczęta w strojach łowickich, krakowskich, nieprzebrane tłumy chłopców w białych koszulach i czerwonych krawatach. Na estradzie pokazy: sportowe, taneczne, wokalne. Tańczą cudownie piękne Hiszpanki (bo przybyli tez goście z zagranicy), tańczy młodzież jugosłowiańska, szwedzka, sowiecka… Rojno gwarno, wesoło, jak na jakimś fantastycznym jarmarku. Trzysta tysięcy młodzieży. I w pewnej chwili słyszę jak megafon wyje: „A teraz przywitamy naszych kochanych gości, znakomitych pisarzy polskich, Nałkowską i Tuwima.”. Gramolę się na estradę. I tu nastąpiło przeżycie, jakiego nie zaznałem przez 52 lata życia. Zaczęły się rytmiczne, skandowane okrzyki: „Tu-wim! Tu-wim! Tu-wim!” (por. „Du-ce! Du-ce! Du-ce!”), owacje, nawoływania: „Wiersze! Wiersze! Recytować!” Byłem tak oszołomiony, i roztrzęsiony, że zdobyłem się tylko na wymachiwanie rękoma. Potem odprowadzono nas po obozie. Wszędzie szpalery młodych, krzyki „Niech żyje nasz wielki poeta!” Krakowianie ciągną mnie do siebie, łodzianie (oczywiście) wyrywają mnie, lubliniacy podrzucają do góry (dosłownie), od Ślązaków dostaję plakietkę z węgla z napisem: „Walka, nauka, praca”, od łódzkiej młodzieży śliczną płaskorzeźbę (bo była tam i wystawa prac młodzieży), zapraszają nas do namiotów, dziewczęta grają na mandolinach i śpiewają, jacyś nieznani chłopcy wykrzykują tytuły swoich wierszy i cytują je, wszyscy dopominają się, abym do nich przyjechał z wieczorami autorskimi; akademicy krakowscy, akademicy lubelscy, no i łódzcy! łódzcy!
Dziś widać wprost śmieszność takich scen, ale wtedy mogły dać poecie wrażenie uczestnictwa w czymś nowym, wielkim i dobrym. Bo Tuwim sprawdzał się w działaniu. Czasami nazbyt emocjonalnym. Ale ta kompulsywność była jego stylem życia – być może nawet objawem choroby. Lubił, jak coś działo się wokół jego osoby. Zajrzyjmy jeszcze raz do listu do siostry:
22 VI byłem na audiencji u Prezydenta Bieruta. Byliśmy ze Stefcią zaproszeni na kolację – siedzieliśmy 2 godziny. Oprócz nas była tylko sekretarka prezydenta, p. Górska. Bierut jest uroczy: mądry, inteligentny, pełen wdzięku i prostoty. Rozmowa była niezwykle serdeczna. Działo się to w Belwederze. Qualis mutatio rerum!
Pisał niedużo. Te publikacje miały różną treść, czasami jednak żenującą:
DO NARODU RADZIECKIEGO
Ludzi wielkich nic nie uchroni
Przed poezją historii: legendą.
Już za życia zapowiedź im dzwoni
O tej pieśni, co śpiewać im będą.
Dzisiaj – cisi, strudzeni i skromni
W prozie dnia pogrążeni są szarej,
Ale tli się już płomyk potomny,
Co wybuchnie błękitnym pożarem.I tak samo jest z wielkim narodem:
Aż do klechdy podniosą go dzieje,
Idącego upartym pochodem
W blask zwycięstwa, co w dali widnieje.
Szary trud – złote baśnie oprzędą,
Struny o nim dźwięczące – zakwitną,
Ludy świata wspominać go będą
Nie zwyczajna pamięcią – błękitną.I już tli się, czekając, ta łuna
Legend przyszłych o Wiośnie, o Wschodzie,
I zakwitniesz, zakwitniesz na strunach,
Twórco ery, radziecki narodzie!
Wieki dadzą ci rangę bajeczną:
Epos – jakąś wszechludzką Bylinę,
Z Rewolucją, krasawicą wieczną,
Z wiecznie żywym herosem Stalinem.
Emigracja bardzo negatywnie oceniała poetę. Szczególnie jego byli przyjaciele z grona około-skamandrowego mieli mu bardzo dużo do wyrzucenia. Cytat Lechonia „Wszystko między mną a Tuwimem zerwane na zawsze, oprócz poezji. W niej będzie jego ułaskawienie…” jest ogólnie znany. Oto jak Hemar skomentował fakt przyznania państwowego odznaczenia. Ten sam Hemar, który swój pierwszy tom wierszy i satyr ozdobił kwiecistą dedykacją dla Tuwima.
ORDER
(fragmenty)Pan Tuwim w Belwederze
Z ręki pana Bieruta
Dostał gwiazdę i wstęgę
„Polonia Restituta”.
Dobrze IM tak, nareszcie,
Teraz mają za swoje.
ONI – tamą, Prystory,
Matuszewscy, Sławoje.
(…)
Aż Bierut IM pokazał.
Aż z rąk pana Bieruta -
Że jak? Że w Belwederze!
„Polonia Restituta”
(…)
O chwilo satysfakcji!
O lutni, Lutni Puszkina!
ONI w grobie: A Bierut
Do piersi jemu przypina
Szarfę – białą jak mleko
I czerwoną jak barszczyk.
Żona się nie uśmiecha,
(Bo uśmiech – przyczyna zmarszczek).
Lecz z dumy pokraśniała.
Gdzie ONI? To dla NICH scena!
Obok szlocha z radości
Iruś (siostra Irena).
Inni też nie potraktowali go łaskawiej. Zauważmy, że tytuł niniejszego artykułu stanowi cytat z „Traktatu poetyckiego” Miłosza, który mimo pozytywnej oceny Tuwima, tak właśnie zaczyna jego portret. Litości nie miał też Gombrowicz, który poświęcił poecie taki oto wpis w swym „Dzienniku”:
Koniec Tuwima, te jego ostatnie lata w Polsce Ludowej, jakież to zasłużone! Ta słowiczość musiała źle się skończyć, musiała doprowadzić go tam, gdzie jest się już oficjalnie Poetą, dostawcą Piękna, funkcjonariuszem od szlachetności, Obywatelem-Piewcą itd. To nie przypadek, że tralala zawiodło go do pałacykowatej willi w Aninie (pałacowatej; nie pierwszy i nie ostatni ze Szlachetnych, pochylonych nad niedolą proletariatu…). Pomiędzy jego niemoralną naiwnością (bo naiwność jest niemoralna), a nieuleczalną naiwnością kultury proletariackiej istniało zawsze głębokie porozumienie. Nadmiar poezji, to takie przykre w konsekwencjach!
Można się zastanawiać nad motywacjami Tuwima. Na pewno zmieniły go doświadczenia wojenne, a szczególnie świadomość Holocaustu. Nie wyobrażał sobie życia poza Polską, więc powrót i tak był nieunikniony. Być może wydawało mu się, że jedyną gwarancją na brak antysemityzmu są Sowieci, więc nie widział nic zdrożnego w popieraniu ich ustroju. Być może – tak jak przed wojną – chciał być jednym z głównych aktorów wielkich zmian. Być i działać.
Rolę jaką odegrał Tuwim w powojennej Polsce najlepiej chyba scharakteryzował Hemar, tak komentując fakt śmierci swego byłego autorytetu:
Kłamstwo zemściło się na nim, jak zawsze mści się na poetach. Julian Tuwim umarł w chwili, kiedy wstąpił na statek wiozący go na bierutową służbę. Był umarły w chwili, kiedy w Gdyni witała go „radziecka czołówka artystów baletu”. Zbrodnia jego zdrady jest w tym, że po przyjeździe do Kraju nie napisał ani jednego wiersza, którego by nie potrafił napisać byle kto, byle wierszokleta, byle sowiecki chałupnik.
Jest coś straszliwego, coś okrutnego w tym samobójstwie Ikara, w tym zagaśnięciu wulkanu, w tryumfie kłamstwa, w tryumfie sępa, który pożarł Prometeusza.
I przy całej mojej sympatii do Tuwima przyznaję rację Hemarowi. Przy czym nie chodzi mi wcale o to, że poecie należała się tak ostra krytyka, bo rozpisywał się o wrogach socjalizmu czy publikował sążniste artykuły prorządowe. Jak pisałem wcześniej – takich tekstów jest naprawdę niewiele, co widać, jeśli spojrzymy jak wyglądały ówczesne czasopisma kulturalne czy polityczne. Smutne jest to, że nie wyszedł on poza tłum jednakowo brzmiących postaci. Pisał zdecydowanie mniej od ówczesnych aktywistów, ale nie pisał inaczej. Znamienne, że nawet wiele utworów pozostających w rękopisach, nie odbiega charakterem od opublikowanych „produkcyjniaków”.
Literaturoznawcy podkreślają, że Tuwim zmarł w najmniej odpowiedniej chwili. Nie zdążył „odpokutować” grzechów bierutowszczyny. A było całkiem blisko. W 1953 roku nastąpiło przebudzenie poetyckie – powstało szereg lirycznych, zupełnie niepolitycznych wierszy. Na kilka dni przed śmiercią, w gronie przyjaciół, zupełnie otwarcie krytykował realia Polski początku lat 50-tych. Zapowiadał, że rok 54 będzie stanowił dla niego dobrą odmianę.
* * *
Jeszcze jedna refleksja – może zastanawiać, dlaczego akurat Tuwim dostał łatkę piewcy stalinizmu, kiedy wielu jego kolegów po piórze zostawiło o wiele więcej kompromitujących tekstów. Mowa o znanych literatach, którym dziś nie wypomina się „grzechów młodości”. Czy dlatego, że od wielkiego Tuwima powinno wymagać się więcej od innych? A może w środowisku prawicowych historyków i literaturoznawców wciąż żywa jest endecka zawiść wobec poety? Czy jakąś rolę odgrywa tu dość powszechny pogląd o wyższości emigracji nad twórcami krajowymi?

