Julian Tuwim w Internecie

Traktat Miłosza

Jednym z najbardziej znanych polskich poetów na świecie jest Czesław Miłosz. Nagroda Nobla uczyniła z niego autorytet literacki. Nagrodę tę otrzymał w specyficznym czasie – właśnie zaczynał się tzw. karnawał „Solidarności”, a gierkowska propaganda sukcesu upadała z hukiem. Jakby na potwierdzenie wyjątkowości roku 1980 w PRL-owskim obiegu informacyjnym pojawiło się nazwisko „wyklętego” poety. Bo nie można ignorować Nobla, nawet jeśli władzy jest nie po drodze z laureatem.

Można mniemać, że duży wpływ na otrzymanie nagrody miał poemat „Traktat poetycki”, stanowiący coś w rodzaju osądu polskiej poezji, uwikłanej w brutalne realia XX wieku. Tekst ten, napisany na emigracji w latach 50-tych, w wielu miejscach miał charakter polityczny. Miłosz opisuje w nim m.in. poetów czasów międzywojennych. Znamienne, że najwięcej miejsca poświęca Tuwimowi, choć jego ocena jest krytyczna. Przeczytajmy słowa noblisty, poświęcone Skamandrytom:

TRAKTAT POETYCKI
II. STOLICA (fragmenty)

(…)

„Pod Pikadorem” hucząc nie odgadli
Że gorzki w smaku bywa liść wawrzynu.
Rozdymał nozdrza recytując Tuwim,
„Ça ira!” wołał w Grodnie, Tykocinie,
I drżała sala tubylczej młodzieży
Na dźwięk spóźniony górą o sto lat,
Aż entuzjastów, tych którzy przeżyli,
Spotkać miał Tuwim na balu UB
Żeby zamknęło się ogniste koło
I trwał, jak zawsze, bal u Senatora.

Wiosnę, nie Polskę, chciał widzieć na wiosnę
Depczący przeszłość Lechoń-Herostrates.
Ale rozmyślać miał przez całe życie
O słuckich pasach i o karmazynie
Czy o religii, choć nie katolickiej
A tylko polskiej, na mszy narodowej
Kapłanem w komży mianując Or-Ota.

A cóż Słonimski, smutny i szlachetny?
Jutru powierzał się i Jutro głosił.
Władztwa Rozumu co dzień oczekiwał
Na sposób Wellsa czy na inny sposób.
Niebo Rozumu cięły krwawe pręgi,
Więc już na starość przekazywał wnukom
Dawną nadzieję, że oni zobaczą
Jak Prometeusz schodzi z gór Kaukazu.

Z barwnych kamieni składał gospodarstwo
Publicznym sprawom obcy Iwaszkiewicz,
Mówca późniejszy, tudzież obywatel
Pod naciskami twardej konieczności,
Za względne uznać wszystko, no bo mija
Potem słowiańskie wskazać ludziom cnoty
Żeby nam chłopska zagrała kapela –
Jest melancholia przecie w takiej doli.

Nie lepsza wcale, tylko bardziej dumna
Samotność w bieli zim amerykańskich.
Ślad nóżek ptaka ten sam co od wieków.
Czas już nie rani i nie daje siły.
Niebieska sójka, podkarpackiej krewna,
Będzie zaglądać w okno Wierzyńskiego.
Och, cena, cena jaką się zapłaci
Za radość chłopca, za wiosnę i wino!

Nigdy nie było tak pięknej plejady.
A jednak w mowie ich błyszczała skaza,
Skaza harmonii, ta, co u ich mistrzów.
I przemieniony chór nie był podobny
Do bezładnego chóru zwykłych rzeczy.

A tam się zaczęło, tam fermentowało
Głębiej niż sięga utoczone słowo.
W grozie żył Tuwim, milknął, grał palcami,
Na jego twarzy hektyczne wypieki.
I, rzecz by można, wojewodów łudził
Jak później łudził dobrych komunistów.
Krztusił się. W krzyku drugi był zawarty,
Zamaskowany: że społeczność ludzka
Sama już w sobie jest dziwem nad dziwy,
Że my chodzimy, jemy i mówimy
A wiekuista światłość już nam świeci.

Jak ci, co w hożej, uśmiechniętej pannie
Widzieli szkielet z pierścieniem na kości
Był Julian Tuwim. Żądał poematów.
Ale myśl jego jest konwencjonalna
I tak użyta, jak rym i asonans.
Przykrył nią wizje, których się zawstydził.

Ktokolwiek białą ręką w tym stuleciu
Prowadzi rządki liter na papierze
Słyszy stukania, głosy biednych duchów
Zamkniętych w stole, w ścianie, w wazie kwiatów.
Dać znać próbują, że ich właśnie ręka
Z materii przedmiot każdy wydobyła.
Godziny męki, nudy, beznadziei
W nim zamieszkały i zniknąć nie mogą.
Płoszy się wtedy ten, co trzyma pióro.
Niejasną w sobie czuje obrzydliwość.
Dziecka niewinność odzyskać próbuje
Ale daremny przepis i zaklęcie.

Oto dlaczego młode pokolenie
Tamtych poetów polubiło w miarę,
Hołd im oddając, ale nie bez gniewu.
Jąkać się chciało odtąd programowo
Bo treść wyrażać zdaje się jąkała.

(…)

Nie widzi, przyszły czytelnik poetów,
Ni krzywych płotów ani wron pod chmurą,
Gotów jest odtąd mieszkać w kraju czarów.
To on, jeżeli oszczędzi go zguba,
Zachowa czułość dla tych, co go wiedli.
A Iwaszkiewicz, Lechoń i Słonimski,
Wierzyński, Tuwim na zawsze zostaną
Tak, jak spotkała ich młodziutka pamięć.
Kto większy, a kto mniejszy nie zapyta.
Za barwą będzie gonił w każdym inną
Prowadząc czółno Amazonką planet.

(…)

Sam początek nawiązujący do mickiewiczowskiego balu u Senatora ma wymowę oskarżycielską. Ale już w następnych strofach pojawiają się słowa „Nigdy nie było tak pięknej plejady”, w których podziw przebija się ponad zgorzkniałe refleksje. A zwróćmy uwagę, że napisał te słowa „człowiek z branży” (poetyckiej), więc ktoś, kto zna się na rzeczy.

Przypomnijmy jeszcze opinię jaką Miłosz podsumował rozdział o Tuwimie w podręczniku „Historia literatury polskiej”, wydanego dekadę później, a przeznaczonego dla anglojęzycznych studentów z Berkeley.

Między wojnami zajmował w Polsce pozycję poety numer jeden. Chociaż niektóre z jego poezji zostały stopniowo przyćmione przez nowe szkoły i mody literackie, to jego wysokie miejsce w literaturze polskiej nie może budzić wątpliwości.