Jojne z ulicy Gęsiej
Dzisiejszy artykuł próbuje jakoś dotrzeć do problemu żydowskości Tuwima w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Jest to temat wieloznaczny i ciekawy – mam nadzieję, że nie tylko dla mnie, ale i dla przygodnego czytelnika. Dla uniknięcia syndromu Herostratesa, nie podpisuję antysemickich tekstów. Wystarczy nam wiedzieć, że ich autorami są ludzie mający swoje biogramy na Wikipedii, czasami bardzo pozytywne.
Zanim przejdę jednak do postaci naszego poety, nie sposób nie zauważyć, że współczesne państwo żydowskie – Izrael – dopuszcza się zbrodni ludobójstwa. Niech ten jeden akapit nie pozostawia wątpliwości, jaki jest punkt widzenia autora tej witryny. Szczególnie, że w dalszej części tekstu dostaniemy szereg antysemickich wypowiedzi sprzed wieku, których nie da się uzasadnić dzisiejszymi zbrodniami Izraela.
* * *
Tuwim pochodził ze spolszczonej rodziny żydowskiej. Formalnie przynależał do religii judaistycznej: został obrzezany, ślub brał w synagodze, ale mentalnie tkwił w świecie obyczajowości chrześcijańskiej. Jego rodzina od dawna była „spolszczona” – dziadek poety wydawał pierwszą, łódzką gazetę w języku polskim „Dziennik Łódzki”. Sam poeta wspominał: „W języku żydowskim pisać nie mogę, gdyż ani go nie znam, ani nie znałem, ani w domu nigdy nie słyszałem”. Można by mniemać, że gdyby nie otoczenie, które „umiało [w nim] dostrzec tylko Żyda”, kwestia rodzinnych korzeni nie urosłaby do wielkich rozmiarów i byłaby czymś w rodzaju dzisiejszych rozkmin przy oglądaniu serialu 1670: „czy moim przodkiem był szlachcic czy chłop”. Ale tak się nie stało.
Tuwim przez całe dwudziestolecie międzywojenne był atakowany za swoje pochodzenie. Tak, jakby sam fakt bycia Polakiem żydowskiego pochodzenia, miał stanowić winę. Pomimo wielu prześmiewczych tekstów, w których odgryzał się swoim prześladowcom, poeta źle się czuł w roli czarownicy do polowania. Tak wspomniał o tym Jarosław Iwaszkiewicz:
Dom rodzinny Tuwima nie był banalnym domem – był prawdziwym domem poety. Można sobie wyobrazić, czym dla tych pięknych i ostrożnych ludzi, całych jakby okrytych motylim pyłkiem, były przejawy antysemityzmu. Te wszystkie plugastwa, które wypisywały endeckie piśmidła, ludzie typu Adolfa Nowaczyńskiego czy Stanisława Pieńkowskiego, na biednego poetę. Nawet poważni krytycy, jak Zygmunt Wasilewski, odmawiali Tuwimowi prawa uważania się za polskiego poetę.
Już na samym początku kariery, ostra krytyka, jaka spotkała debiutancką „Wiosnę”, używała argumentów antysemickich. Debiut książkowy „Czyhanie na Boga” był wielkim wydarzeniem kulturalnym. W tamtych czasach treść tomiku epatowała innością. Między innymi dzięki temu Tuwim zrobił tak wielką karierę. Ale owa „inność” była koronnym argumentem przeciwko poecie. Był „inny” nie dlatego, że wplótł całą masę światowych trendów do polskiej poezji, nie dlatego, że talent pozwolił mu na wybicie się ponad poziom, był „inny”, bo był żydowski. Przypomnijmy słowa Ireny Krzywickiej:
Nade wszystko nie mieściło się w opinii endeckiej, a była ona, niestety, przeważająca, że tak wspaniale po polsku, tak bogato może pisać Żyd. Pisał wprawdzie również Antoni Lange i popularny Or-Ot (Oppman), ale ich pochodzenie jakoś nie utkwiło w świadomości czytelników. Do opinii nie dotarło, że misterny Leśmian też był Żydem. Tuwim był jednak nazbyt widoczny, nazbyt wspaniały, nazbyt zwracający na siebie uwagę i nazbyt nowatorski, aby nie obudzić fali żydożerczej nienawiści jednych, a zachwytów, znacznie mniej licznych, z drugiej strony.
Były to czasy, jak wspomniałam, kiedy panowało komiczne przekonanie, że Żyd nie może być twórczy, że mu na to nie pozwala jego rodzaj inteligencji. Ale jakże było odmówić talentu Tuwimowi i Słonimskiemu mimo kształtu ich nosów. Wymyślono więc naprędce takie pomyślonko: „Tuwim, to nie jest polski poeta, to Żyd piszący po polsku”. Talmudyczne, co? Tuwim nie mógł zaprzeć się swego pochodzenia, choćby nawet chciał (ale nie chciał). Był bardzo semicki, włosy miał zbyt czarne, oczy zbyt palące, „szyk” trochę zbyt widoczny.
Czy w ogóle można formułować zdania w rodzaju: „Tuwim nie pisze po polsku, lecz tylko w polskim języku, (…) a jego duch szwargoce”? Co trzeba mieć w głowie, żeby wystąpić z zarzutem „zażydzania” polskiej poezji? Przeczytajmy fragmenty dwóch pseudouczonych wywodów, ostrzegające czytelników przed niebezpieczeństwem obcowania z zafałszowaną twórczością. Są to dość znane w swoim czasie teksty, typowe dla endeckich komentatorów. Pierwszy z nich: „O uzdrowienie literatury polskiej” – napisany zresztą przez pewnego poetę – dla uzasadnienia swej tezy, „skleja” cytaty ze Starego Testamentu („Pieśń nad pieśniami”) z fragmentami wierszy Tuwima.
O UZDROWIENIE LITERATURY POLSKIEJ
(fragmenty)(…) Przeto nie „rodzaj języka”, ale „rodzaj motoru”, który ten język puszcza w ruch, stanowi o narodowości danej literatury. Autorem polskim jest autor, którego przeżycia, a więc: zwyczaje, obyczaje i wierzenia, składające się na intelektualno-emocjonalną treść, poczęły się, rozwinęły i dojrzały w środowisku rdzenie polskim. Taki autor, chociażby nosił obce nazwisko, chociażby nawet pisał w obcym języku (boć tego najłatwiej się nauczyć) będzie autorem rdzennie polskim. I na odwrót: autor wychowany w środowisku obcym, chociażby po mistrzowsku władał polską mową, polskim autorem być nie może.
(…) Mam na myśli jedną z najwybitniejszych, więc najbardziej zasługujących na uwagę ofiar którą jest, moim zdaniem, Julian Tuwim. Rodowity żyd urodzony i wychowany w żydowskim środowisku; poeta z Bożej łaski, obdarzony całym bogactwem żydowskiej natury: spadkobierca gorącej krwi Jeremiaszów i Habakuków; wizjoner kuszony zjawami apokaliptycznych bestii: kochanek, którego „głowa jak złoto najlepsze: włosy jako latorośle palmowe, czarne jako kruk – policzki jako grządki wonnych ziół, nasadzone od aptekarzów – wargi kapiące mirrą przednią… a wszystek pożądliwy”, spadkobierca Judy Machabeusza. W którym nagromadziła się nienawiść do „paszczęki miecza” począwszy od chaldejskiej, a skończywszy na współczesnych generałach: ,,śmiesznych ludziach obwieszonych gwiazdami”; rewolucjonista, który: „dziurawiąc niebo wściekłym wzrokiem nogami kopiąc pijany glob” „oczyma burzy teatry i parlamenty, dyrekcje, redakcje, banki… szyby wspaniałych wystaw” i który „rozpaloną niemocą i usty fanatycznemi zmiata, o ślepcy nieszczęśni, Babilon z oblicza ziemi”; wreszcie prawy apostoł królestwa Dawidowego, który „prostemu człowiekowi” każe „rżnąć karabinem w bruk ulicy”, kiedy „byle drab, byle szczeniak łudzi kolorowym godłem” i judzi „historyczną racją” i kiedy „na trwogą biją w dzwony króle z panami brzuchatymi” – ten rasowy Żyd „na wieczne brzemię skazany”; ten tragiczny żyd wołający: „dźwigam płód, który się we mnie rozrasta, a nigdy się nie urodzi”; ten rozżalony żyd skarżący się, iż: „plotka chichotliwa za nim chodzi, że dźwiga Antychrysta”; ten poeta, który powinien być chlubą swojego narodu, piewca jego doli i niedoli, dojrzałym i „smacznym ku jedzeniu” owocem jego prastarej kultury, zezwala na to, ażeby go zaliczano w poczet polskich twórców. On zezwala, a my z tego zezwolenia korzystamy.
(…) Cel moich odczytów był tedy jeden: otworzyć oczy zarówno utalentowanym Żydom jak i Polakom na niebezpieczeństwo grożące im z naszej, a nam z ich strony. Gdy chodzi o geszefty, możemy je wspólnie załatwić w międzynarodowej kawiarni. Ale gdy chodzi o rozpinanie barwnych tęcz na polskim albo żydowskim niebie, gdy chodzi o tworzenie rodzimego piękna i rodzimej kultury, wówczas: tu Sion, tam Wawel, — tu Wisła, tam Jordan, — a tu i tam miłość do swojego obyczaju, duma ze swojej historycznej przeszłości i hymny pochwalne na cześć tego co było, co jest, i co być powinno.
Warto przeczytać te słowa, bo i dziś zdarzają się wypowiedzi, że ten czy inny wytwór krajowej kultury jest „tak naprawdę” dziełem Niemca czy Żyda, a nie Polaka. Więc jest gorszy. Zresztą podobna „tradycja” dzielenia literatury na gorszą i lepszą, tyczy się twórczości emigracyjnej i krajowej w czasach PRL. Wiadomo było, która była wtedy „lepsza”. Po przewrocie, w III RP też nie bywało lepiej wśród krytyków – tylko wartościowanie się odwróciło.
Wróćmy jednak do endeckiej publicystyki. Oto inny wpływowy artykuł na ten temat pt. „Ghetto w literaturze”, który jeszcze z innej strony uzasadnia szkodliwość „żydowskiej literatury tworzonej w języku polskim”:
GHETTO W LITERATURZE
(fragmenty)Żydzi w handlu są już dzięki Bogu, uznawani przez Polaków za zło ogromne, z którym należy walczyć środkami bezwzględnym! Istnieje jednak inna dziedzina, gdzie żydzi do dziś rządzą jak u siebie i wszelkie próby unicestwienia ich planowych robót spełzają na niczym, dziedzina ważniejsza od handlu, a mianowicie kultura a w węższym znaczeniu szczególnie jeden jej dział, dział literatury.
Literatura jest obok prasy jedną z najgroźniejszych broni żydowskiego państwa eksterytorialnego. Pojęli jej znaczenie żydzi i starali się tą broń całkowicie dla siebie zarezerwować i do swoich potrzeb przystosować. Udało im się to mniej lub więcej szczęśliwie. Jednym z większych sukcesów mogą się poszczycić na terenie literatury polskiej w Polsce odrodzonej. (…) Dzisiaj już się na tym odcinku zaczyna trochę poprawiać, ale nie wolno nam zapominać, że żydzi dzięki swej ruchliwości umieli stworzyć szkołę, składającą się przeważnie z nieżydów, którzy, reklamując się swoją przynależnością do rasy rdzennie polskiej, bardzo łatwo przenikają i długo jeszcze przenikać będą ze swoją literaturą do duszy narodu. A jest to literatura bezwzględnie podbita psychicznie przez żydów i umacniająca jedynie stanowisko żydowsko-masońskiego ghetta w literaturze.
(…) Tuwim, trzeba przyznać obiektywnie, bezwzględnie wniósł do poezji polskiej wiele nowych rzeczy. Niektóre jego wiersze, w których wypowiada swoją zadumę nad światem i życiem w ogóle, tchną pięknem nawet na miarę światową, Ale jest tych rzeczy dobrych w każdym calu tak mała ilość, że nie one stanowią o charakterze twórczości Tuwima. Za to ogromna liczba wierszy erotycznych, w których piękno formalne i poszczególnych partii graniczy z nieetyczną myślą główną, ogromna liczba wierszy opisowo-lirycznych, pełnych bezsprzecznego uroku opisowego ale naszpikowanych równocześnie pychą żydowską i nieuzasadnioną zarozumiałością (np. wiersz „Trawo, trawo do kolan…”), za to wreszcie wiersze których tytułowym może być ten, gdzie przewala się burzliwy okrzyk „Rżnij karabinem w bruk ulicy”, gdzie objawia się najobrzydliwszy pacyfizm i ogromna nienawiść do rycerskich tradycji w Polsce — to wszystko Tuwima grzebie w narodowej opinii polskiej.
(…) Głównym środkiem zaradczym powinna tu być ustawa, która by nakazywała na każdej książce pochodzenia żydowskiego umieszczać odpowiedni nadruk. Dalej kwestia wiąże się już z kwestią handlową, a mianowicie firmy wydawnicze żydowskie muszą przejść w ręce polskie jak zresztą wszystkie inne gałęzie handlu.
Literatura jako wchodząca w skład kultury ogólnonarodowej musi być czysta i prawdziwie dobra, aby móc pobudzać bierne masy do miłości Ojczyzny czy to jako kraju czy też jako Wielkiego Narodu, aby móc pobudzać również do pracy dla Wielkiej Polski i do walki za prawdy bezwzględne, jakimi są chrześcijaństwo i naród. I dlatego najwyższy czas, aby skończyć z tym piekłem rozkładu moralnego i narodowego, jakim jest wszechwładnie panujące w polskiej współczesnej literaturze ghetto.
Przytoczyłem teksty dość obrzydliwe w treści, ale w miarę ucywilizowane jeśli chodzi o formę. Zdarzały się jednak i tak obleśne kwiatki, jak ten poniżej, który pozostawię bez komentarza:
HIENA
Naród polski wobec tragicznego zgonu prezydenta Narutowicza oczekuje rozwiązania przez sąd państwowy zagadki zabójstwa.
Na naród polski patrzy w tej chwili cały świat cywilizowany i czeka również z tym na ustach pytaniem: czy pierwsze w dziejach Polski królobójstwo, czy zbrodnia osobista? (…)
Ale jest na kuli zamiejskiej ktoś, kto poza wszelkim prawem ludzkim i boskim, ktoś, kogo Polska ze swej mogiły na własnym grzbiecie wyniósł – hiena, co się trupem polskim od stu lat tuczyła, żyd plugawy, któremu wolno u nas, nie czekając na sądy, oskarżać milionowe rzesze społeczeństwa polskiego o mord polityczny.
Posłuchajcie, obywatele, co w „Kurierze Porannym” napisał niejaki Julian (!) Tuwim, żydowski poeta ze „Skamandra”.
DO NICH!
Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni.
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien – i patrzcie! i patrzcie!Z Belwederu na Zamek, tętnicą Warszawy,
Alejami, Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem,
Idzie kondukt żałobny, krepowy i krwawy:
Drugi raz Pan Prezydent jest dzisiaj na mieście.Zimny, sztywny, zakryty chorągwią i kirem,
Jedzie Prezydent – Martwy, a wielki stokrotnie.
Nie odwracając oczu! Stać i patrzeć, zbiry!
Tak! Za karki was trzeba trzymać przy tym oknie!Przez serce swe na wylot pogrzebem przeszyta,
Jak Jego pierś kulami, – niech widzi stolica
Twarze wasze, zbrodniarze – i niech was przywita
Strasznym krzykiem milczenia żałobna ulica.W tym tonie i duchu pisze od tygodnia cała prasa żydowska i lewicowa, a ze wszystkich tych głów, jak na komendę, jeden się zlewa ryk, jawnie oskarżający obóz narodowy o morderstwo prezydenta. „Do nich” to znaczy to: do nas, do narodowców, do wyborców ósemki.
(…) Czytajcie zatem wiersz tu przytoczony, słuchajcie i patrzcie, patrzcie pilnie, kto w sercu Polski, w Warszawie, śmie i ma prawo przed całym światem, czekającym w milczeniu, nazywać was mordercami, zbrodniarzami i zbirami.
Ha! To żyd tak do Polaków przemawia! Żyd z bolszewickiego „Skamandra”, młody żydziak, który jeszcze po polsku pisać nie umie. Jojne Tuwim z Gęsiej ulicy przemawia do narodu polskiego: „Stać i patrzeć zbiry! Tak! Za karki was trzeba trzymać przy oknie!”
Tak więc obywatele, dożyliście nareszcie taj hańby, że szajgec pod osłoną stanu wojennego w „wolnej” Polsce kopie was publicznie po twarzy, jak wschodni despota klęczących u jego tronu niewolników.
Zatem: na kolana Polacy! Przed gniewem Boga waszego! Przez usta Jojne Tuwima mówi groźny Jehowa. Mówi po polsku, więc powinnaś zrozumieć podła, polska kanalio! I ty, Wando! I ty, Wando Złotowłosa…
* * *
Skoro już wiemy, że dla wielu wpływowych osób Tuwim nie był polskim poetą, to możemy zadać pytanie, kim był dla – licznej przed wojną – mniejszości żydowskiej. Tuwim nie znał kultury żydowskiej, co najwyżej mógł się jej domyślać. Był dla niej kimś z zewnątrz, o czym zaświadcza wiersz „Żydzi”, który wzbudził dużo krytycznych uwag, tym razem po drugiej stronie kulturowej barykady.
ŻYDZI
Czarni, chytrzy, brodaci,
Z obłąkanymi oczyma,
W których jest wieczny lęk,
W których jest wieków spuścizna,
Ludzie,
Którzy nie wiedzą, co znaczy ojczyzna,
Bo żyją wszędy,
Tragiczni, nerwowi ludzie,
Przybłędy.Szwargocą, wiecznie szwargocą
Wymachując długimi rękoma,
Opowiadają sobie jakieś trwożne rzeczy
I uśmiechają się chytrze,
Tajnie posiedli najskrytsze
Z miliarda czarnych, pokracznych literek
Ci chorzy obłąkańcy,
Wybrany Ród człowieczy!
Pomazańcy!Pogładzą mokre brody
I znowu radzą, radzą…
– Tego na bok odprowadzą,
Tego wołają na stronę,
Trzęsą się… oczy strwożone
Rzucą szybko przed siebie,
Czy ktoś nie słyszy…Wieki wyryły im na twarzach
Bolesny grymas cierpienia,
Bo noszą w duszy wspomnienia
O murach Jerozolimy,
O jakimś czarnym pogrzebie,
O rykach na cmentarzach……Jakaś szatańska Msza,
Jakieś ukryte zbrodnie
(…pod oknami… w piątki… przechodnie…
Goje… zajrzą do okien… Sza! Sza-a-a!)
Poważne kontrowersje wywołał za to wiersz „Giełdziarze”. Zapewne wywodzi się on z doświadczeń łódzkich, skrajnego rozwarstwienia społecznego i niesprawiedliwości. Żydzi stanowili tam dużą część najbogatszej warstwy społecznej, więc Tuwim użył sformułowania „gudłaje”. Być może uważał, że w odróżnieniu od endeków, może go używać, bo sam jest pochodzenia żydowskiego. Mimo to wiersz wywołał poruszenie, do tego stopnia, że na jednym ze spotkań autorskich, musiała interweniować policja, by poecie nic zagroziło ze strony rozsierdzonej publiczności.
GIEŁDZIARZE
Wybiegają obłędnie i w popłochu pędzą,
W nerwowych mózgach skaczą kursa, akcje, czeki,
Mówią do siebie, liczą, biegną, byle prędzej,
Zapinając po drodze pękate swe teki.Wczoraj kupił za milion, dzisiaj za dwa sprzeda.
Kupi jeszcze - gdzie dostać? - leci – płaci więcej,
Był w cukierni, był w banku, targuje się, nie da,
Liczy, gemacht, wziął, pędzi, sprzedał. Sto tysięcy.A jutro znów popędzą z giełdy do kawiarni,
Puszczą w ruch bystre oczy i paluchy drżące,
I znów obsiądą stolik jak spiskowcy czarni,
Rzucając krótkie słowa i grube tysiące.W twarz dadzą sobie napluć za tyle a tyle,
Obetrą gębę ręką, a sumę przeliczą!
Poproś ich o Chrystusa – zapytają: ile?
A gdy zgodzisz się – przyjdą jutro ze zdobyczą!Gudłaje w drogich futrach, w jedwabnej bieliźnie
Wystrojone szajgece w eleganckich butach,
Chamy, bydło spasione na własnej ojczyźnie,
Którą codziennie w obcych kupczycie walutach!Haussa, łotry! Na giełdę! Kwadransik szermierki!
Wrzeszczcie! To cały trud wasz, tak hojnie płacony!
Nuże! Z rączki do rączki przerzucać papierki
I leciutko zagarniać krocie i miliony!A potem – zakąskami zastawiać stoliki!
Żreć, żreć, chlać i używać – wre wściekła robota!
Tłustym, słodkim likierem zapijać indyki
I – „Wina dla orkiestry! – Orkiestra Foxtrotta!”Złodzieje na wolności! Próżniaki! Parszywce!
Bando rozzuchwalona i niesyta nigdy!
Baczcie! Marki, przepite wieczorem przy dziwce,
Jak proklamacje fruną w mrowie ludzkiej krzywdy.Wyjdą z okrutnym hymnem podziemni mściciele,
Sto tysięcy ziębnącej i głodnej gołoty,
Rozbiją kasy, podrą spęczniałe portfele
I do gardła wam zaczną pięścią pchać banknoty!. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .Tutaj nie ma gadania. Tutaj pięści trzeba!
Wyłapać ten sztab czarny, łajdaków gromadę!
Za mordę, do więzienia – na suchy kęs chleba,
Bo do dziś – po cukierniach żłopią czekoladę.A potem – dać im pracę. Niechaj rąbią drzewo.
Niech z dworca noszą kufry, cięższe od kamieni,
Niech sprzedają gazety w mróz i pod ulewą.
Lub trochę postoją przy warsztacie zgarbieni.Gdy święty turkot maszyn zadudni im w głowie,
Kiedy pot zrosi czoło, plecy zegnie ucisk,
O życiu wtedy ramię omdlałe im powie
I duszne sale fabryk, i wściekły żar hucisk!
Wprost o swych poglądach na poruszane w artykule tematy, Tuwim pisze w ankiecie przeprowadzonej przez „Nasz Przegląd”. To jeden z periodyków mniejszości żydowskiej. A sama ankieta „O kwestii żydowskiej” z roku 1924, skierowana była do wielu znanych ówcześnie uczonych, literatów i publicystów.
Inteligent polski aryjczyk zasadniczo potrafi się w kwestii żydowskiej swobodnie wypowiedzieć. Może nawet przy najgłębszej bodaj analizie tego zagadnienia wprowadzić pierwiastek bezpośredniej szczerości, albowiem stanowi to dla niego osobiście problemat, leżący poza nawiasem jego prywatnego życia. (…) U mnie natomiast kwestia żydowska leży we krwi, jest częścią składową mojej psychiki. Tworzy jak gdyby potężny klin, wrzynający się w mój światopogląd, w moje osobiste, najgłębsze przeżycia. Na zapytanie, jak się zapatruję na kwestię żydowską w Polsce, doprawdy trudno mi odpowiedzieć. Zastanawiam się nad tym pytaniem ciągle, gdyż rozwiązanie tego zagadnienia leży w moim własnym interesie, i byłoby dla mnie samego wymarzonym kluczem do mego Ja. Niestety nie jestem jednak zdolen rozwiązać tego węzła gordyjskiego.
Mógłbym odpowiedzieć banalnym frazesem o demokracji, równouprawnieniu, konstytucji itd. Lecz taka odpowiedź naruszyłaby może w większym stopniu moją równowagę duchową i sprowadziłaby mnie na błędniejsze manowce. Na taki „luksus" może sobie pozwolić jedynie pisarz polski aryjczyk. Jako ilustrację tego chaosu, który się we mnie i dokoła mnie wytworzył przytoczę następujący przykład: Żydzi mnie uważają za asymilatora. Jest to określenie błędne. Żyd asymilator w moim zrozumieniu jest zasadniczo obojętny wobec zagadnień narodowościowych i rasowych. Ja natomiast jestem żydem spolszczonym owym „żydem polakiem” i nic mnie to nie obchodzi, co jedna lub druga strona o tym powie Wychowany w kulturze polskiej, odruchowo kierując się jedynie serdecznym popędem, powiedziałbym, podświadomie, przywiązałem się z całej duszy do polskości.
Jestem poetą, a jak wiadomo w poezji nie ma miejsca na chłodne, praktyczne rozumowania. Językiem, który najściślej i zarazem najsubtelniej wyraża to, co czuję, jest język polski. Ten oto motyw tłumaczy moje „tendencje asymilatorskie". Dla antysemitów jestem żydem a moja poezja jest żydowską. Dla żydów-nacjonalistów, jestem renegatem zdrajcą. Trudno! Z ludźmi dla których pochodzenie żydowskie jest równoznaczne z bezapelacyjnym wyrokiem śmierci i jest jedynym miernikiem charakteru i wartości etycznej człowieka, dyskutować nie można.
Tak samo ze strony przeciwnej, dla której spolszczenie jest zdradą.
Nie trzeba zapominać, że antysemityzm w najwyższy sposób swej akulturalnej, wprost patologicznej postaci, zatruł całe prawie społeczeństwo polskie.
Dlatego też, uważając asymilację żydów za jedyne, możliwe rozwiązanie kwestii żydowskiej, jednak w nią nie wierzę.
Uważam żydów za naród o wybitnie zarysowanej fizjonomii psychicznej kulturalnej, a jednak wobec niechęci, która cechuje stosunek polaków do żydów uważam demonstracyjne podkreślanie ze strony żydów swej odrębności za nieprowadzące do celu i zaogniające stosunki. Nie mam prawa z tego tytułu czynić żydom jakichkolwiek zarzutów, stwierdzam jedynie, że jest źle.
Dla mnie problemat żydowski jest tragedią, w której jednym z bezimiennych aktorów jestem ja sam. Jaki będzie finał tragedii i kiedy on nastąpi, nie mogę na razie przewidzieć. Oto wszystko, co mam do powiedzenia…
Być może najwięcej i najszczerzej na ten temat Tuwim powiedział w poruszającym wierszu „Żydek”.
ŻYDEK
Śpiewa na podwórku, tuląc się w łachmany,
Mały, biedny chłopiec, Żydek obłąkany.Ludzie go wygnali, Bóg pomieszał głowę,
Wieki i wygnanie pomieszały mowę.Drapie się i tańczy, płacze i zawodzi
O tym, że się zgubił, że po prośbie chodzi.Pan z pierwszego piętra patrzy na wariata:
Spójrz, mój bracie biedny na smutnego brata.Kędy nas zaniosło? Gdzieśmy się zgubili,
Światu ogromnemu obcy i niemili?Pan z pierwszego piętra, brat twój opętańczy
Głową rozpaloną po wszechświecie tańczy.Pan z pierwszego piętra wyrósł na poetę:
Serce swe, jak grosik, zawinie w gazetę –I przez okno rzuci, żeby się rozbiło,
Żebyś je podeptał, żeby go nie było!I pójdziemy potem każdy w swoją stronę
Na wędrówki nasze smutne i szalone.Nie znajdziemy nigdy ciszy i przystani,
Żydzi śpiewający, Żydzi obłąkani.
* * *
Na koniec tego ponurego artykułu, nieco wesołości. Bo jak inaczej potraktować wynurzenia redaktora pisma ABC, który komentował w 1937 roku jakość podręczników do nauki czytania w pierwszych klasach. Sprawa dotyczy elementarza Falskiego i tuwimowych wierszy dla dzieci. Poczytajmy:
ŻYD TUWIM UCZY POLSKIE DZIECI
PODRĘCZNIK NIEUZNAJĄCY BOGADziennik Urzędowy Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego Nr 9 z 2-go sierpnia 1937 zawiera spis podręczników dozwolonych do użytku w szkole powszechnej. (…)
Oto podręcznik M. Falskiego, polecany jako pierwszy, ma niewątpliwe tendencje bezbożnicze, a nawet jak pisze nam jedna z wychowawczyń komunistyczne.
Wiersze są pióra żyda Tuwima, nawiasem mówiąc absolutnie niedostosowane do zainteresowań ucznia klasy I-ej.
W całym elementarzu nie ma ani razu słowa Bóg. Pominięto zupełnie św. Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, które mają przecież olbrzymie znaczenie religijne i wychowawcze (…) W podręczniku Falskiego pominięto nawet wychowanie „obywatelsko-państwowe”.
I to jest podręcznik polecony przez M. WR i OP? Czego się dzieci nauczą? Odkąd żyd Tuwim ma wychowywać dzieci? Musimy ostrzec nauczycielstwo polskie przed wybraniem tego elementarza – jest on naprawdę ogromnie szkodliwy i należy go jak najstaranniej unikać. Najlepiej byłoby, aby ministerstwo wycofało go zupełnie z półek księgarskich. (…)
Wzywamy wszystkich nauczycieli Polaków, aby wypowiedzieli walkę złym, demoralizującym podręcznikom.
Tak oto odniósł się do tekstu Antoni Słonimski w „Kronikach Tygodniowych”:
Warszawskie pisemko „ABC” wystąpiło z gwałtownym atakiem na elementarz Falskiego. Falski popełnił rzecz ohydną, bo wydrukował w swoim elementarzu wiersze „Żyda Tuwima”. Okazało się, że „Żyd uczy dzieci polskie”. Rzeczywiście skandal niebywały. W innych elementarzach są piękne i mądre, wspaniałe wiersze rdzennych Polaków, a tu Żyd wsadził swoją niechlujną tandetę. Wszyscy przecież znają Tuwima i jego ohydne utwory dla dzieci. Pisane wstrętnym żargonem, pozbawione rytmu, dowcipu i sensu, rymy marne, i do tego bardzo krótkie. Wprawdzie niektórzy dziwacy uważają, że wierszyki te to perły wdzięku i dowcipu, a niektórzy starzy, zgnili Polacy sądzą, że Tuwim uczy dzieci polskie prawdziwej poezji, ale młodzi Polacy, redaktorzy „ABC”, wiedzą, że to nalewkowata tandeta i że trzeba bronić kultury polskiej przed zalewem tej zgnilizny.

