Julian Tuwim w Internecie

Dole i niedole dwudziestolecia

Dwudziestolecie międzywojenne jest wybitnie niejednoznacznym okresem w historii Polski. Znajdziemy w nim niespodziewane sukcesy w paru dziedzinach. Wymieńmy bodaj najważniejsze: Zrodzona na kamieniu lwowska szkoła matematyczna stanowiła sobą poziom światowy. Rytmiści nie tylko opanowali krajowy rynek sztuki wysokiej i masowej, ale byli doceniani na międzynarodowych wystawach. Również literatura doznała niesamowitego rozwoju – tak powszechnie czytana nie była nigdy dotąd.

W tej sytuacji łatwo rozpłynąć się w zachwytach nad międzywojniem, szczególnie w kontekście głównego tematu niniejszej witryny. Wszak Julian Tuwim najlepsze lata twórcze też przeżywał w tym czasie. Żeby jednak zachować realistyczny dystans, wypiszę poniżej kilka, może nawet niespójnych ze sobą, refleksji.

* * *

Propaganda PRL straszyła nas ponurymi czasami sanacji, udowadniając, jak ciężko się wtedy żyło. Nie wierzyliśmy, no bo przecież indoktrynacja nie może mówić prawdy. Dla równowagi przekaz z drugiego obiegu przymykał oko na realia II RP – jakoś niezręcznie było mówić o Berezie czy Brześciu. Jednak propagandystom jedno się udało: Wyolbrzymiono rolę komunistów i w zasadzie mistyfikacja ta obowiązuje do dziś. Przypomnijmy sobie słowa redaktora Semki o redaktorach Wyborczej. A przecież była to marginalna grupa na arenie nie tylko politycznej.

Skoro jednak już o nich mowa, to w II RP byli oni raczej bytem anegdotycznym. Mniej więcej w takim sensie, w jakim pisze Tuwim, portretując kolegę po fachu, Broniewskiego:

DYSKUSJA

Ostro urżnęliśmy się czystą
Władek i ja.
Władek jest twardym komunistą.
Gdy w czubie ma.

Jak piłki tak przy głowie głowa.
Pijane w pień,
Po białych płotach Czerniakowa
Hula mój cień.

Zabiega naprzód, plackiem leży.
usłużny tchórz…
I nagle – za mną; zęby szczerzy.
A w ręku nóż.

Księżulo z nieba – zezowate
spojrzenie śle.
Więc może optyka? gra świateł?
A może nie.

Może nie księżyc? może rybak
Z gwiaździstych stron?
A Władzio mi o kolektywach!
a Won!!

Że industrializacja? Racja.
Pożytek z niej.
Indus – rozumiem. Trializacje –
Już mniej.

Tuwim – autor powyższego wiersza – nie narzekał na brak pieniędzy. Był sławnym poetą, ale prawdziwy dochód czerpał pisząc skecze, piosenki i monologi dla kabaretów. Najsławniejszy z nich to „Qui Pro Quo”, który działał do 1931. Gwiazdy tej sceny zarabiały po kilka tysięcy złotych miesięcznie. Tyle co prezydent czy premier, albo i więcej. W końcu – czy to za sprawą niesnasek czy kryzysu – teatr padł. Pamiętajmy, że to lata ogólnoświatowego kryzysu, który dotknął też Polskę.

Kryzys kryzysem, ale sklepy działały i sprzedawały normalnie. Oto kawałek reklamy domu towarowego z Bydgoszczy z 1930 roku. Jak widać i wtedy można było załapać się na okazyjne przeceny:

Ceny w 1930 roku

Warto zapamiętać ile wynosiły zwykłe ceny, zwykłych towarów, potrzebnych do życia.

W kryzysowej Polsce na początku lat 30-tych rządziła sanacja czyli piłsudczycy. Jak się spojrzy na ówczesne rządowe statystyki, to kryzysu pozornie nie widać. Same wzrosty:

Plakat wyborczy sanacji

Gorzej to wygląda jeśli podzieli się podane liczby przez 32 miliony ludzi, bo tylu mieszkańców miała wtedy Polska. Na ilustracji nie widać tych małych cyfr, więc policzmy – w 1930 roku sanacja się chwali, że: jeden żłobek przypada na prawie 300 tysięcy mieszkańców, a średnio na jednego obywatela przypada 7 złotych oszczędności w P.K.O.

Statystyki ciąg dalszy. Typowa lekarka zatrudniona przez Kasę Chorych, zarabiała 100-200 złotych miesięcznie. Zdecydowanie mniej niż zawodowy wojskowy czy państwowy urzędnik, ale po lombardach chodzić nie musiała. Bardziej doświadczony lekarz dopracowywał się kwoty 200-400 zł.

Skoro mowa o lekarzach. Pamiętacie „Znachora”? Doktor Pawlicki grany przez Kopiczyńskiego narzeka na wiejskich znachorów na procesie Kosiby. Ale czy jego żale w międzywojennej rzeczywistości miałyby sens? Większość mieszkańców Polski w tym czasie nie widziała na oczy żadnego dyplomowanego medyka. Nie miała szansy zobaczyć – na wsi na jednego lekarza przypadało ok. 20 tysięcy ludzi. W zdecydowanej większości biednych, których nie stać było na opłacenie leczenia. W tej sytuacji nie należy się dziwić, że znachorzy rzeczywiście działali. I nie byli to światowej sławy chirurdzy w amnezji.

A jak wyglądała sytuacja w mieście? Osoby nienależące do ówczesnej miejskiej „klasy średniej” – możemy do niej zaliczyć urzędników, wojskowych, policjantów, nauczycieli a nawet wspomnianych lekarzy – nie miały różowo. Rzemieślnicy czy robotnicy mający stałe zatrudnienie zdobywali 20-100 złotych miesięcznie. Oprócz nich byli bezrobotni i ci, dla których roboty starczało na kilka-kilkanaście dni w miesiącu. Dla nich była praca dorywcza, gdzie zarobek przeliczany był na jeden dzień.

Zarobek dniówkowego pracownika – na wsi, czy w mieście – złotówka za dzień pracy. Pensja kilku milionów mieszkańców Polski. Teraz warto jeszcze raz spojrzeć na promocyjne ceny bydgoskiego domu towarowego, żeby zdać sobie sprawę z lichoty II RP.

* * *

Wróćmy do Tuwima i Skamandrytów, bo to o nich jest niniejsza witryna. Byli bogatymi ludźmi. Jak napisał Słonimski „W czasach Skamandra byliśmy straszni. Młodzi, dowcipni, okrutni, a do tego z forsą. Po prostu ohyda.” Potrafili świetnie obsłużyć masowego odbiorcę – wydawali tomiki z poezją, pisali artykuły do prasy, tworzyli piosenki dla popularnych wykonawców, teksty do kabaretów i rewii. Nie zapominajmy jednak, że ów „masowy odbiorca” to przede wszystkim mieszkaniec miasta mający stałą pracę. Nie zaliczymy do tego grona choćby ponad połowy mieszkańców wschodnich rejonów Polski, którzy nie umieli czytać i pisać. Ktoś, kto zarabia złotówkę na dzień, nie wyda jej na książki.