Julian Tuwim w Internecie

Zapomniany (przypominany) szmonces

Szmonces, to forma kabaretowa niezwykle popularna przed wojną. Opowiadała o życiu spolszczonych Żydów, oczywiście w żartobliwy sposób. Publiczności podobały się językowe dziwadełka i charakterystyczne postacie. Absolutnym rekordem świata w tej dziedzinie jest oczywiście „Sęk” napisany przez Konrada Toma, brawurowo wykonany przez Dziewońskiego i Michnikowskiego.

Przed wojną głównym dostarczycielem szmoncesów byli Tuwim, Słonimski i Hemar. Co z tego, że napisali ich dziesiątki, kiedy zdecydowana większość zaginęła. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro mało kto cenił wówczas tę twórczość, łącznie z samymi twórcami. Jeśli jakiś numer na kabaretowej scenie nie sprawdził się, mógł być wymieniony na inny w dzień po premierze. Kto miał głowę do archiwizowania tekstów z poprzedniego sezonu? Tyczy się to nie tylko szmoncesów, ale wszelkich tekstów pisanych dla podkasanej muzy. Swoje dołożyła wojna. Szczątki dochowały się jednak do dzisiaj i oto poniżej możecie przeczytać sobie kilka tekścików napisanych właśnie przez Juliana Tuwima:

AUTO I EIERWEISS

W życiu na ogół zawsze miałem szczęście. I w rodzinie, i w interesie powodziło mi się wcale nieźle. Żona z małymi wyjątkami, była mi zawsze wierna, bo jak przez 18 lat zdradziła mnie tylko dwa razy, to to nie jest dużo. Raz z jednym muzykantem, a drugi raz ze Stowarzyszeniem Kupców i Rękodzielników, gdzie ja jestem pice-wreses. (z dumą) Wielka instytucja, paręset kilkadziesiąt samych członków, nie licząc zarządu. W interesie także było niźle. I nawet kiedy ostatnio okradli mi sklep, to tyż miałem szczęście, bo akurat poprzedniego dnia obniżyłem ceny o 30% więc, nie tak dużo straciłem. Państwo muszą znać tę firmę na Nowolipkach: „Żółtko i Eierweiss”, adres telegraficzny: „Jajko”. Eierweiss – to ja, a Żółtko wyjechał. Wraca za rok i cztery miesiące. Nie, nie do Brześcia. Nim się zajęło takie Mokotowie Ratunkowe. Co znaczy za co? On był autor. On pisał fantastyczne książki w rodzaju Walasa, tylko że to byli książki handlowe naszej firmy. Złodziej, ale bardzo porządny człowiek. I mądry człowiek! On na przykład wymyślił sposób darmowej korespondencji, bez nalepiania marek. I wszystkie listy dochodziły i nikt nic nie dopłacał. W jaki sposób? Zwyczajnie, On wszystkie listy kierował do siebie samego, a z drugiej strony koperty, jako wysyłającego, podawał nazwisko tego człowieka, do którego pisał. To poczta zwracała tamtemu list, jako nieofrankowany. I takich ludzi się u nas trzyma w więzieniu. Stra… „szne” już nie mogę wymówić, taki jestem oburzony. Inna rzecz, że jak Żółtko zabrali, to białko odżyło. Ja sam rządziłem, ja sam zarabiałem i mnie się zaczęło lepiej powodzić. A powodzenie obowiązuje. Umeblowanie Ludwik XIV ja zmieniłem na numer większe, na Ludwik XV, latem ja już miałem zamiar jechać do Eks-le-Bęc, tylko zasiedziałem się w Miedzeszynie, ja już kupiłem sobie jedwabną śpiżamę w Gold England (a propos, ja do dziś dnia nie wiem, czy to się nosi na nocnej koszuli czy pod?), słowem zacząłem prowadzić nowe, wytworne życie, coś a la Moryc Chevalieri. I kiedyś mówię do żony: „Regina! Jak się zapatrujesz, żeby kupić auto?” I oto od tej chwili kiedy padło to lekkomyślne zapytanie minęło już cztery miesiące – i od czterech miesięcy ja mam auto, a właściwie auto ma mnie i od czterech miesięcy ja nie spałem, ja nie jadłem, ja nie byłem w sklepie, ja w ogóle przestałem żyć! Może państwo myślą, że ja jeżdżę tym autem? Tyż nie. Moja żona jeździ? Nie. To kto nim jeździ? Grzegorzewski. A kto to jest Grzegorzewski. Zaraz.

On przyszedł kiedyś do sklepu i mówi: „Grzegorzewski jestem”. Dobrze. „Eierweiss. Czym mogę służyć?” – „Słyszałem, że Pan kupuje Piperlaka (bo ja mam Piperlaka! Świetna marka!), więc chciałem przystać na szofera”. Pokazuje mi świadectwa, z hrabiami jeździł, z cesarzami jeździł, Waldemarsową woził, kto tylko jest – to on woził. To go wziąłem. I nazajutrz rano on zajechał Piperlakiem przed mój sklep. Regina już czekała, dzieci już czekały. „No panie Grzegorzewski, mówię, jedziemy”. Wtedy Grzegorzewski uśmiechnął się i rzekł „Dziś, panie Eierweiss, nie pojadziem, bo mi korbowód suwaka tłucze w karter”. – Kto, panie Grzegorzewski? – „Korbowód suwaka” – A dlaczego on tłucze, panie Grzegorzewski? – „Bo to bezzaworowy silnik Knighta, to się suwak zatarł i uszy mu się obrywają”. Aha, powiedziałem. To może pan przyprawi te uszy? Dzieci tak chcą pojechać! W tym miejscu Grzegorzewski znów uśmiechnął się pobłażliwie i poprosił o 150 złotych z powodu karbowód suwaka tłucze w karter. Po tygodniu kochany pan Grzegorzewski znów zajechał pod sklep, z przyprawionymi uszami suwaka i karbowiaka, dzieci i żona już czekały, wsiadamy – i prosimy jechać w Aleje. Państwo znają drogę z Nowolipki do Aleje? Więc na rogu Przejazd i Bielańskiej myśmy się zatrzymali. – Co jest, panie Grzegorzewski? „Panewka się wytopiła…” – To co zrobić? – „Niech państwo biorą taksówkę”. Tośmy wzięli taksówkę. I tak jest od czterech miesięcy! To kulung nie w porządku, to bolec nie sztymuje, to mamka nie łapie, to kicha nawala, a tu jest grajcownica, a tam jest nagar! A dzieci płaczą i ja ich wożę taksówką, albo leżę z Grzegorzewskim w garażu pod moim Piperlakiem i na mnie kapią różne świństwa, a on mi tłumaczy! On mi tłumaczy, że trzecia szczotka na kolektorze nie działa, że się świeca zaoliwiła, że karburator się zapchał, że akumulator się wypiperlaczył, że błoto ma magneto, że grzybek ma ślimaka, że ślimak ma suwaka! I płacę już czwarty miesiąc: Piperlakowi raty, Grzegorzewskiemu pensję, garażowi za kaburowiaki, a taksówkom za kursy!

Monolog jest nawiązaniem do rysunkowych postaci Żółtko i Eierweissa z „Cyrulika Warszawskiego” (lata 1932-34). Przedstawiały one dwóch panów, ewidentnie żydowskiego pochodzenia, którzy każdorazowo wymieniali między sobą parę komicznych zdań. Rysował ich Jerzy Zaruba, a podpisy wymyślały różne osoby m.in. Julian Tuwim i Mira Zimińska.

Żółtko i Eierweiss
żarcik z „Cyrulika”, źródło: Polona, autor tekstu nieznany.

Kolejny monolog pochodzi z programu „Budżet wiosenny” (1930 r.) teatru „Qui Pro Quo”

PIES MOJEJ ŻONY

Ja chcę Państwu powiedzieć o psie mojej żony. Dawniej pies – to był pies. Miał normalną długość, normalną wysokość, nazywał się Burek, siedział w budzie i szczekał.

Ten ma półtora psa długości, ćwierć wysokości, nazywa się Tutuś, siedzi na kanapie i czeka. Czeka, aż ja przyjdę. A jak ja przyjdę, to szczeka. To się nie da opisać, nienawiści tej świni do mnie.

– Co się boisz? – mówi Malcia – mały pies.

– Dziękuję, rewolwer tyż jest mały, a ja za żadne skarby nie zostanę sam na sam z rewolwerem w pokoju. I dlaczego na mnie szczeka?

– Bo to jest rasowy pies.

Dziękuję, proszę z nim wyjść na ulicę, to on ma co dziesięć kroków swoje drzewo genealogiczne. I dlaczego rasowy pies ma szczekać na tyż, dzięki Bogu, rasowego mężczyznę? I dlaczego rasowy pies nie ma prymitywne zasady wychowania i nie idzie z korytarza na prawo, tylko uzewnętrznia się na kanapie, na której ja siedzę? I dlaczego, jak go kto inny bierze na kolana, to on nic, a jak ja go biorę, to on robi dosłowne szikany?

Niedawno mówi do mnie Malcia:

– Moniek, wyprowadzisz psa na ulicę.

To włożyli smycz, obrożę, oświaty kaganiec i myśmy poszli. Tośmy wrócili o siódmej wieczór do domu. Dlaczego? On zaczął ciągnąć. Poleciał przez Nowolipki, Bielańską, Marszałkowską, Mokotów, tu wąchał, tam wąchał. Ja mówię:

– Tutuś, skarbuś, wróć! Nie. Taki mały pies i taka siła.

– Bo ty nie umiesz postępować z psem.

Co znaczy – „nie umiem postępować”? Ja leciałem kłusa za nim!

Teraz jest nowe zmartwienie. Tutuś chce być tatuś. To się szuka dla niego od rana do nocy sukę. Ja państwo daję słowo, że ja za żadną dziewczyną nie latałem tak, jak latam za suką. Ja dostałem psi węch, ja o sto kroków czuję sukę! Jak ja widzę coś takiego z psiej śmietanki, to ja podchodzę, ja się uśmiecham, ja tego… nic. Mezalians, on broń Boże, nie może Tutuś zrobić. Trzeba dla niego znaleźć, ausgerechnet, psią hrabiankę albo psią markizę.

Już go ze mną na ulicy nie wypuszczę. Ja go sprowadzam do domu, 5 do 10 nałożnic dziennie. Nic… To wszystko nie jest dla Tutusia.

Nareszcie, przed paru dniami dowiedziałem się, że hrabia Pykajłło ma tej samej rasy suczkę. Taka sama niebieska psia krew. No to ja się z nim umówiłem, Już wszystko było załatwione, To dzisiaj rano on telefonuje, że:

– Bardzo przepraszam, ale to psie, rajskie wesele jest niemożliwe.

– Dlaczego?

– Bo myśmy się dowiedzieli, że państwo są Żydzi…

Oto tekst z rewii „Czy Anna jest panna?”

ELEGIA STAROZAKONNA

(Pejzaż jesienny. Park, ławka. Melancholijna muzyka)

HIPEK: Cicha jesień, Morycu.
MORYC: Owszem, rzeczywiście
HIPEK: I się smutno mnie robi, gdy patrzę tak czule,
Jak z drzew ekspresem lecą polecone liście…
Bez marek, bez adresów… Dlaczego?…
MORYC: W ogóle.
I ja także, o Hipek w takie dni się czuję
Epes lepszy, wytworny, jak stado żurawi…
Ja miewam zagadnienia, ja się zapytuję…
„Co to jest? To jest życie”. I serce się krwawi.
HIPEK: Wspominam dawną miłość. Tego lat trzydzieści
Współczesnej żonie mojej ja całuski kradłem.
Ja byłem narzeczony. O jakże ją pieścił!
Chciałem ją jeść z zachwytu. Ach czemu nie zjadłem?
MORYC: Czy widzisz zżółkły kaktus, wentualnie lipę.
Na której teraz kwiczoł usiadł i pitoli?
HIPEK: Nie widzę ich.
MORYC: Ja też ich nie widzę, o Hipek.
I to jest właśnie życie. I to mnie tak boli!
HIPEK: Pamiętasz dni, gdy byłeś dziecina, pachołek?
MORYC: Wiaterek gra mi o tym swój jesienny blues…
Grzybki w sadu o świcie ja zbierałem w podołek,
Minęło to! Się pytam: dlaczego? farwues?
HIPEK: Ah, lata uciekają jak motylek szybki,
Gdy myśliwy w dąbrowie go łapie do klatki…
MORYC: Zmarynowane lata! Zmarynowane grzybki!
Gdzie jesteś, gdzie, młodości? O, ptaszki! O, kwiatki!
HIPEK: Choryś, Moryś… W twym sercu smutka jest co najmniej
Siedemdziesiąt pięć procent… Wyjdź, błądny duchu!
Na wsi sobie jesienne mieszkanie wynajmij,
Pojedź z żoną. Opieka ci potrzebna.
MORYC: Druhu!
Ja w podróż zabrać żony nie mogę.
HIPEK: Czy żonie, broń Boże coś dolega?
MORYC: O nie mój Hiponie,
Lecz jest rozporządzenie obowiązujące
„Zabrania się surowo przewozić w wagonie
rzeczy łatwozapalne, źrące i cuchnące!”
A Twoja co porabia?
HIPEK: Działa mnie na nerwy…
MORYC: Co do co?
HIPEK: Co do wszystko. Smutne życie moje!
Ona mówi i mówi i mówi, bez przerwy!
MORYC: O czym?
HIPEK: Tego nie mówi.
MORYC: Się pytaj!
HIPEK: Się boję!
MORYC: A córki jak?
HIPEK: Dziękuję…
MORYC: Jako małoletnie pamiętam już dziewiczki… I jak im się wiedzie?
HIPEK: Szóstą teraz wydałem za mąż.
MORYC: No to świetnie!
HIPEK: Niezupełnie… Pięć starszych jeszcze w domu siedzi.
MORYC: Tyle dzieci, dlaczego masz tyle? Czy żonę tak lubiłeś?
HIPEK: Nie, Moryc.
MORYC: Tyś tak lubił dzieci?
HIPEK: Tyż nie.
MORYC: Więc skąd ich tyle?
HIPEK: To rzeczy przebrzmione! Lubiłem tę robotę!
MORYC: Która jest?
HIPEK: (patrzy na zegarek) Po trzeciej.
MORYC: Jesień, jesień, o Hipek… Czy możesz mój drogi,
Do jutra mi…
HIPEK: (przerywa) Nie mogę.
MORYC: (wzdycha) Świnia.
HIPEK: Nawzajemnie.
Ale nie martw się, jesień w krąg cudna.
MORYC: (wzdycha) Złam nogę.
Pięć złotych nie dasz?! Łobuz!
HIPEK: (kłania się) Bardzo mi przyjemnie.

Ten tekst jest dość znany, bo podobnie jak „Sęk” był wykonywany przez Dziewońskiego i Michnikowskiego. Realizacja tego dialogu wiązała się z jeszcze jednym dowcipem, choć nie związanym bezpośrednio z osobą Tuwima. Opowiada Michnikowski:

To było w Łodzi. Rocznica urodzin Tuwima. Robiliśmy z „Dudkiem” „Elegię starozakonną”. Całość nagrywana dla telewizji. Brało w tym udział mnóstwo kolegów. Podczas przerwy przyszła do mnie jakaś panienka z radia z prośbą o kilka zdań. Odpowiedziałem: Bardzo proszę. Panienka włączyła magnetofon i zaczęła tak: „Właśnie mam przyjemność rozmawiać z panem Dziewońskim.” Nie wyprowadziłem jej z błędu. Opowiedziałem o roli w „Eroice”, założeniu kabaretu „Dudek”… krótko mówiąc, wszystko to, co wiedziałem o „Dudku” jej naopowiadałem. Nagrała wszystko. Na zakończenie dodałem: „Proszę pani, chciałem tylko sprostować, że ja nie nazywam się Dziewoński, tylko… Gołas”. Bardzo była tym wszystkim zdziwiona i odeszła.

* * *

Zaraz po wojnie, gdy wspomnienia holocaustu były żywe, szmonces nie wydawał się najwłaściwszym rodzajem humoru. Doświadczenia roku 1968 mogły wręcz sugerować antysemityzm tych tekstów. Wydaje się jednak, że dziś, po latach, znów możemy zanurzyć się w ten niby daleki, ale jakże bliski świat.