Julian Tuwim w Internecie

Skąd się wziął „Bal w Operze”?

Stykając się po raz pierwszy z dziełem tego formatu co „Bal w Operze” powstaje pytanie: Skąd wziął się pomysł na podobny tekst? Sama organizacji balu, jest dość typowym przedsięwzięciem, bo przecież wiele organizacji i ważnych osób organizuje ważne bale czy przyjęcia. Wystawne jedzenie, ochrona (=tajniacy), podochocone pary znikające w pokojach – to zapewne dałoby się zauważyć, gdyby było się bywalcem podobnych imprez. Ale skąd wziąć rewiową otoczkę? Dlaczego akurat diabły, które w finale wszystkich ze sobą zabierają, najpierw tańczą na scenie? Wbrew temu co można byłoby sobie myśleć, wiele z tych motywów pojawiło się w życiu kabaretowym stolicy. Zapraszam do ich przeglądu.

Zacznijmy od powtarzanego przez tajniaków powiedzonka „udibidibindia”. To nic innego jak onomatopeiczne wokalizy w piosence „Panna Mania gra na mandolinie!” W poemacie mamy cytat, który w oryginale miał oznaczać naśladowanie gry pani Mani. Piosenka została spolszczona przez Hemara – to niemiecki przebój z 1929 roku – co było częstą praktyką w polskiej branży rozrywkowej. Miała kilku wykonawców, z których najbardziej znana była Zula Pogorzelska.

Kiedy zajrzymy do 3 części „Balu” mamy kilka odniesień do paru programów teatrów muzycznych Warszawy. Na przykład „Potem księżyc nad Taiti/ I gitary nad Haiti (…)” jest nawiązaniem do piosenki „Księżyc na Tahiti” śpiewanej przez Mieczysława Fogga (1930), do której słowa napisał właśnie Tuwim:

KSIĘŻYC NAD TAHITI

Z dali, z mglistej city,
Przyjechała Kitty
Leczyć spleen młodziutki,
Leczyć smutki
I serdeczny żal.

Księżyc nad Tahiti
Złotą lampą lśni
Mała, smutna Kitty
O swym szczęściu śni
Księżyc w toń się stoczył,
W wodzie lśni na dnie,
Otwórz, Kitty, oczy
I uśmiechnij się.

Czy się los odwróci?
Czy ją miły rzucił?
Czy serduszko boli
Z melancholii?
Nie wiadomo nic.

Księżyc nad Tahiti…

Nie ma na to rady
Chyba księżyc blady
I ta cicha, śpiewna
Piosnka rzewna
W tę wiosenną noc.

Księżyc nad Tahiti…

Natomiast kluczowy dla późniejszego finału poematu, występ Satanelli:

A na scenie Satanella
Chwyta gwiazdy w tamburino,
Tarantella, tarantella
Meteorów serpentyną,
Satanella – młynek rtęci,
Satanellę niebo kręci
Mgławicową pienną plamą,
Satanella – blasku smuga
I oblana srebrną lamą
Bystrych bioder centryfuga!
…Z satyrycznym erotyzmem
Na tajniaka tajniak mruga.
(…)

to nic innego jak przypomnienie prawdziwego występu rewiowego! Tak wspomina go Ludwik Sempoliński w książce „Wielcy artyści małych scen”:

W 1928 roku w „Morskim Oku” została wystawiona rewia Cała Warszawa. Do najciekawszych obrazów tej rewii należał półfinał w W ogniu piekielnym, oparty na piosence Satanella. Scena przedstawia malownicze piekło, tłumy diabłów kręcących się w ogniu piekielnym. Z tym ogniem to była śmieszna historia. Włast wynajął w Paryżu do tego finału całą aparaturę wraz z mechanikiem. Kiedy na generalnej próbie puszczono słupy ognia, wszyscyśmy się bali wejść na scenę. Dopiero mechanik przekonał nas wszystkich zanurzając w płomieniach rękę.

Ina Ney tancerka Satanella
Ina Ney – główna tancerka ze wspomnianego przedstawienia, odgrywająca rolę Satanelli.

Słowa do piosenki „Satanella” napisał Andrzej Włast i już tam pojawia się znana z poematu fraza „diabli biorą”:

SATANELLA

Śród diabelskich rzesz
W calutkim piekle wzdłuż i wszerz
Brak grzesznicy tej,
Co tu na ziemi wiedzie rej.
Od pięknych nóżek swych aż do czuba
Jest jak luba Belzebuba.
Więc mieszkańcy ziem
Wciąż ją witają zapytaniem tem:

          Satanello, słodki diabełku nasz,
          Satanello, skąd takie rogi masz?
          Satanello, chyba Lucyper sam
          Dziś wypuścił cię z piekielnych bram!

          Kto cię widzi, to diabli go biorą
          Twe kopytka całuje, madame,
          Satanello, słodki diabełku nasz,
          Kiedy wreszcie mi buziaka dasz?

Ten wcielony czart
Nie ma co gadać, grzechu wart
Gdy rozkosznie drżąc
Spala każdego w ogniu żądz,
Jest taka czarna, jak w piekle smoła
Chodzi goła dookoła,
Więc świat do niej lgnie
I każdy woła „weź na rogi mnie!”

Ale najważniejszym utworem, jaki chciałbym tu przywołać, jest melodeklamacja Hanki Ordonówny z 1932 roku z programu „Banda naprzód” teatrzyku Banda. To w tym wierszu Tuwim eksperymentował wprowadzając rozwiązania, które tak dobrze wypadły w „Balu” – opuszczone zakończenia wyrazów wykrzykiwane przez sprzedawców prasy, mozaika reklam zasilająca tkankę wiersza, dadaistyczne powtórzenia słów i sylab. Rzecz jasna tematyka jest szersza niż przedstawienie kolorowego, rozrywkowego życia wielkiego miasta, bo sięga do historii, również tych smutniejszych wydarzeń. Poniżej prezentuję melodeklamację w całości:

MELODIA WARSZAWY

Klaksony, saksofony,
Syreny, trąby, dzwony,
Misteria reklam,
Wrzeszczący ekran,
Łomot tramwajów, szurgot nóg,
Aut ciężarowych turkot o bruk,
Ulice huczą, ulice wrą:
„Wieczór Warsza… za dziesięć gro…”
„Litościwa osobo, bezrobotny, czworo małych dzieci…”
„Radion sam pierze…”
„Księżyc sam świeci…”
„Dobry wieczór i Wieczór za dziesięć gro…”
„Najnowszy plan miasta Warszawy za jedyne dwadzieścia groszy…”
A wieczorem do Bandy! Pogorzelska, Krukowski, Járosy.
Trach! Krach! Wariat, jak jedziesz?!
„Dziś występy słynnej gwiazdy…”
„Panie posterunkowy! Pogotowie! Pogotowie!”
„Pan pozwoli prawo jazdy…”
„Proszę się rozejść, panowie…”
„Co się stało? co? co? co?”
„Wieczór i dobry…– za dziesięć gro…”

          Tak jednostajnie i unisono
          Miejskiej symfonii płyta się kręci.
          Posterunkowi jak dyrygenci
          Sprawnie prowadzą suitę szaloną.

          I gnany pędem, pędzony wrzawą
          Tłum barwny biegnie szumną ulicą.
          Czy to jest piosnka twoja, Warszawo?
          To jest melodia twoja, stolico?

A może jazz, jazz, jazz!
Bęben, bim-bom, rumba, trąba,
humpa, humpa, banda, bomba,
ręka dynda, noga dęba, łbem o łeb, przy gębie gęba,
szampan, kompan, chodź pan, pij pan,
biba, baba, cymbał, bij pan, balans, bilans, balon, bilon,
bęcwał, w zęby, bęc w babilon,
humpa, pumpa, w lewo, w prawo…

Czy to jest twoja melodia, Warszawo?

A może to:

          Rozklejona w księżycowym smalcu
          berlińskich Żydów argentyńska pomada,
          gęsty syrop, przesłodzona limoniada,
          siódma woda po wiedeńskim walcu;
          mdleją w tangu żigolaki, fryzjerczyki,
          manikurkom wyznający miłość łzawą –
          może to sentymentalne kosmetyki
          są melodią twą, melodią twą, Warszawo?

          …„Siedziała pod bambusem,
          Kochała się z Indusem,
          Siedziała pod cyprysem,
          Kochała się z tygrysem…”
          „Rum będziemy pić, piekielny rum,
          Na jeszcze większy wir, na jeszcze większy szum…”
          „Gdy zobaczysz ciotkę mą, to jej się kłaniaj…”

Dwie melodie… pięć melodii… sto…
„Wieczór i dobry… dziesięć gro…”

          Czekaj… czekaj… niech wszystko zmilknie…
          Słyszysz? słyszysz? daleki wiatr
          Szumi, szumi piosnką przed lat,
          To ją słychać, to znowu niknie…
          Czekaj… czekaj… takie dalekie…
          Słyszysz… słyszysz? takie bliskie…
          To? nie to…

Dwie melodie… pięć melodii… sto…
Łączą się… plączą się i giną wszystkie…
Czekaj… czekaj… jedna się zbliża,
Jedna wybija się przez szum…
Pod kościołem Świętego Krzyża
Czarny tłum.

          Patrz! z zaułków w zaułki
          Kaukaskie się konie rwą,
          Jak przed burzą jaskółki,
          Wyśmigując przed pułki,
          Po sto, po sto…
          Gmach zajął się ogniem, przygasł znów,
          Zapłonął znów – i oto pod ścianą
          Widzę czoła ożałobionych wdów
          Kolbami pchane.

I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganku kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają! Runął! Runął! Runął
Jego fortepian!

I te dni, dni krwi i chwały
Jeszcze w oczach płoną wizją krwawą…
Może to było twoją melodią, Warszawo!
Ten bunt, ten ryk oszalały!
Potem
trzy pokolenia ożałobionych wdów
zawodzą cmentarne pieśni
do beznadziejnych słów:
skarga to straszna, jęk to ostatni,
od takich modłów bieleje włos…
I warszawskie wieczorynki
są bez muzyki, bez tańców,
tylko babcie starowinki
robią szarpie dla powstańców…

          „Jadą chłopcy etapem
          na Kamczatkę z kacapem…”

Rok za rokiem płynie,
Piosnka za piosnką ginie…
Kupletem ogródkowym, operową arią…
Gaspada oficery
Bawią się w Akwarium
I tu – w Aleksandrynie.

          „Nu, żiwa, żiwa, żiwa,
          Podaj butyłku piwa,
          Nu, żiwa, żiwa, ej,
          Da weselej!”

A od spodu, spod ziemi,
Spod serca smutnego miasta
Już narasta
Śpiew nowy.
I huczy tym śpiewem
Plac Teatralny, Grzybów, plac Bankowy.

I sztandar płynie ponad trony,
Niesie on zemsty grom, ludu gniew,
Przyszłości rzucając siew,
A kolor jego jest czerwony,
„Bo na nim robotników krew…”

I znów, i znów
Na Bródno, na Powązki,
Pochody ożałobionych wdów…

A w Nowościach – Wesoła wdówka…
Fruwają koronki, pończochy, podwiązki!
„Jestem młoda wdówka,
Lubię słodkie słówka
I ochoty do pieszczoty
Nigdy nie brak mi”.

          Gaspada oficery,
          Gwardia, kawalergardy,
          Jeja Wieliczestwa huzary,
          Jewo Wieliczestwa kirasjery,
          Akselbanty, ordery,
          Lakierowane buty za kolana.

„Cesarzu, cesarzu, potężne imię twe,
Cesarzu, cesarzu, ja, Krysia, błagam cię…”
Szampana dla diwy, szampana!
Brawo! brawo! brawo!

Czy to była twoja melodia, Warszawo,
Gdy Nowym Światem
Pędził powóz rządowy z carskim psubratem
I trach! bomba!
I „precz z caratem”,
I zgiełk, i huk, i krzyk nieludzki,
A w tłumie z podniesionym kołnierzem,
Z palcem na cynglu
Miota się Józef Piłsudski…

Cierpieć i walczyć, walczyć i wierzyć,
Tanecznym krokiem ulice mierzyć,
A kiedy trzeba, jak lwica skoczyć,
Zerwać się, powstać, krwią się obroczyć,
Nazajutrz nuci piosnkę swawolną,
Bo jak już wolność – to wszystko wolno,
Gwizdnąć na wszystko, śmiechem wybuchnąć,
Za chwilę – w smutku, w trosce zagłuchnąć,
Znów się przyczaić, znowu uderzyć,
Cierpieć i walczyć, walczyć i wierzyć.
Serce oddałam tobie jedynej,
Taką cię kocham i nie chcę innej.
Smutek przetańczyć, radość – przeszlochać,
Cierpieć i wierzyć, wierzyć i kochać.
Upić się sławą, upić zabawą,
To jest melodia twoja, Warszawo!

I na koniec mała uwaga dotycząca cytowanej pieśni „Czerwony sztandar”. Współcześnie mogłoby się wydawać, szczególnie osobom które pamiętają jeszcze PRL, że to jakieś pro-komunistyczne wstawki. Tak nie jest. I nie chodzi nawet o to, że rola komunistów w II RP była naprawdę marginalna. To po prostu motyw nawiązujący do… młodości Józefa Piłsudskiego, który w czasach zaborów był członkiem PPS-u. A w 1932 roku, kiedy powyższy utwór powstał, niezależnie od nawarstwiających się kontrowersji, marszałek wciąż był dla Tuwima przykładem męża opatrznościowego.