Skamandryci – wszystko zerwane na zawsze
Na początku nic nie zapowiadało smutnego końca. Po wybuchu wojny, to właśnie Brazylia stała się na chwilę drugim domem sporej grupy Skamandrytów. I właśnie wtedy Tuwim zaczyna tworzyć, jakby znów nabrał wiatru w żagle. Powstają pierwsze strofy „Kwiatów polskich”. Chętnie i żywo odbierane dzięki drukowaniu ich przez Grydzewskiego w londyńskich „Wiadomościach Polskich, Politycznych i Literackich”, które były emigracyjną kontynuacją „Wiadomości Literackich”. Miała to być podróż do lat dzieciństwa, kolejna pozycja mająca pokrzepić serca w niedobrych czasach. I taka rzeczywiście była.
Brazylia jest niespełna rocznym przystankiem na drodze Skamandrytów. W 1942 udają się do Nowego Jorku. To tam właśnie Tuwim dostaje się pod wpływy środowisk komunistycznych, przede wszystkim Oskara Langego. Być może zapalnikiem był stosunek do generała Sikorskiego, który w tym czasie układał się z Sowietami. Większość emigracji była temu przeciwna, ale pewnie to ten jeden z wielu przypadków, gdy kwestie polityczne decydują o zrywaniu nawet długoletnich przyjaźni. Tak właśnie było z Tuwimem.
Najpierw pokłócił się dozgonnie z Lechoniem. Potem, pod pretekstem cenzury w „Wiadomościach”, z Grydzewskim, któremu przecież wiele zawdzięczał. Grydzewski przytomnie się tłumaczył: „Podziwiam żywość twoich reakcji, masz czas dzisiaj i humor pamiętać o endekach, Ozonie, o tym, że Mackiewicz nie uważa cię za polskiego poetę. O tym, że w Polsce był antysemityzm (…). Na sanację dzisiaj wymyślać nie sztuka, trzeba to było robić 15 lat temu”. Tak czy siak proces palenia mostów odbywał się raz za razem z kolejnymi dotychczasowymi przyjaciółmi. Odpadają Wierzyński i Wittlin. Pozostaje korespondencyjny Słonimski. Biorąc pod uwagę osamotnienie poety, nie należy się dziwić radości z jaką powrócił do Polski roku 1946.
Więcej na temat ówczesnych poglądów Tuwima powie nam tekst Wacława Solskiego, człowieka który zaczynał w młodości jako komunista, stając się w końcu antykomunistycznym, nowojorskim literatem. Podkreślam to kim był, bo dzięki temu najlepiej wiedział, co oznacza decyzja rozmówcy.
Było to dziesięć lat temu, lat które szybko minęły, może dlatego że to były lata szare. Rozmawiałem z Tuwimem w jego mieszkaniu w Nowym Jorku w cztery oczy. Rozmowa trwała prawie całą noc, aż do rana.
Tematem jej był komunizm. Nie powrót do Warszawy, już wówczas przez Tuwima zdecydowany, tylko jego nastawienie wewnętrzne. Nikomu, absolutnie nikomu nie można mieć za złe że wrócił. Tym bardziej Tuwimowi, który straszliwie tęsknił i sądził że tylko w Warszawie będzie mógł pisać. Toteż nie krytykowałem jego decyzji. Mówiliśmy o cenie, jaką będzie musiał za powrót zapłacić.
Rozmowę naszą poprzedził list Tuwima, przysłany jeszcze do Londynu, który zachowałem. Tuwim dosyć często pisywał takie listy. Łatwo się entuzjazmował, spodobało mu się pewne moje opowiadanie i napisał: „Żywe, ciepłe, ludzkie. głęboko wierne, wzruszająco podpatrzone” itd. Ale list zawierał też pewne zdanie, od którego się zaczęła nasza nowojorska rozmowa (dlatego list wspominam). Tuwim namawiał mnie w liście, abym pisał „dużą powieść” kończącą się 1 września 1939. „Bo dalej – pisał – zaczyna się czwarty wymiar z którym nasze pokolenia nie da sobie literacko rady. Dopiero późnej wnuki może prawdę zobaczą”.
Więc zaczęło się od tej prawdy, którą Tuwim bardzo, ale naprawdę bardzo – wbrew temu co w liście pisał – chciał zobaczyć już w Nowym Jorku. Chcę przez to powiedzieć że Tuwim chciał przyjąć stalinowski komunizm, chciał samemu sobie wmówić że go przyjmuje i że sobie stworzył nową wiarę. Odbijał się, jak to zwykle czynią ludzie od spraw ideologiczno-politycznych dalecy, od przeciwnego końca. Że chłopi cierpieli głód, że endecja, pałkarstwo i wizyty Goeringa. Że już tu, w Nowym Jorku, ten powiedział to, a tamten tamto, a jakaś głupia baba coś jeszcze gorszego. Szczególiki były coraz bardziej błahe, coraz bardziej nieistotne, bo przecież to że jakaś polska idiotka zachwycała się Hitlerem, nie przysparzało wawrzynów Stalinowi.
Mówił długo, z przejęciem, o wiele bardziej do siebie niż do mnie, wciąż jeszcze przekonywając samego siebie. Od czasu do czasu spoglądał na mnie z jakąś taką wyniosłą dumą, ale zażenowaną i sztuczną, bo wyniosłość nie była wcale cechą jego charakteru.
– Teraz pan ma głos – powiedział wreszcie. – Przepraszam że tak długo mówiłem.
Nie pamiętam już dokładnie co mu powiedziałem. Wiem że mówiłem o sowieckich łagrach, o procesach moskiewskich i o komunistach polskich, wymordowanych w Rosji. Tłumaczyłem, jak to się wszystko łączy, z jakiego źródła płynie. Tuwim kiwał głową.
– Moskiewskich procesów nie mogę zrozumieć – rzucił.
– A czy pan nigdy nie myślał o tym, że ten ruch, do którego pan przystępuje, nie jest wcale rewolucyjny, tylko na wskroś reakcyjny? I że jego reakcyjność musi się w końcu wyrazić i w antysemityzmie, i już się zaczyna wyrażać?
Tuwim spojrzał na mnie, jakbym powiedział kompletny nonsens, jakby się dziwił że mogłem coś takiego powiedzieć i zupełnie niespodziewanie rzucił:
– Tak. Myślałem i, bo ja wiem, może to racja.
Mówiłem dalej. Pamiętam że mnie krępowało że nie znajduję odpowiedniego tonu, bo przecież Tuwim myślał zupełnie innymi kategoriami, żył w świecie, gdzie te wszystkie sprawy nie miały tak wielkiego znaczenia. Czułem też, że wielu rzeczy nie chce wiedzieć, że mu to przeszkadza. Irytował się i wreszcie powiedział to co później powtórzyłem Lechoniowi — o kurczaku:
– Wszystko sprowadza się do jednego. Nie powinno się na przykład zabijać kurczaków. Widział pan pewnie kurczaka z poderżniętym gardłem, jak lata, jak cierpi… No i cóż z tego? Jemy przecież kurczaki, ja osobiście uwielbiam kurczaki. Trudno. Albo jest się czystym we wszystkim, albo… – Rozumie pan?
– Rozumiem. Na tym możemy zakończyć rozmowę, bo na taki argument nie mam odpowiedzi.
Wstałem żeby pójść, ale Tuwim mnie zatrzymał:
– Może lepiej o czym innym… Może by pan chciał żebym panu przeczytał wiersze? Niektórych jeszcze nie drukowałem…
Czytał swoje wspaniale, kryształowo czyste wiersze, te niedrukowane, potem inne, napisane przed laty.
Nie myślałem już o Tuwimie i o naszej rozmowie tylko słuchałem jego wierszy, w wielkim wzruszeniu, oddychając nimi tak, jak się oddycha tlenem.
Później, przy pożegnaniu, umawialiśmy się że się wkrótce znowu spotkamy, wiedząc że się nie spotkamy.
Pamiętam że kiedy wyszedłem na ulicy było mgliście, szaro i zimno, że się jeszcze paliły lampy choć było już dosyć widno, i to uparte, twarde oświetlenie przypominało, nie wiem dlaczego, pokój chorego. Od strony rzeki Hudson, jak zawsze w Nowym Jorku, szedł nocny, dopiero budzący się wiatr, który podnosił płachty rzuconej na ulicę gazety, zaglądał do niej i ucichając łagodnie znowu przymykał.
* * *
Aż się prosi napisać kilka słów o tym, jak się potoczyły losy grupy byłych przyjaciół.
Złośliwością losu jest to, że Anglicy zamykają „Widomości” Grydzewskiego w 1944, bo ZSRR w tym czasie jest pełnoprawnym sojusznikiem aliantów i periodyk działa na szkodę państwa brytyjskiego! Kilka lat później zreaktywuje je i będzie przez parę dekad dokumentować ważne – z emigranckiego punktu widzenia – wydarzenia literackie.
Lechoń w Nowym Jorku jest aktywnym działaczem kultury, poetą. Nie ma jednak zrozumienia np. dla paryskiej „Kultury” będącej (chyba) najważniejszym emigranckim periodykiem. Kłopoty zdrowotne – chorował na depresję – z czasem stawały coraz większe. Doprowadziły go do samobójstwa w 1956 roku.
Słonimski wraca do Polski w 1951. Kilka lat później jest to już inna Polska, niż ta, która przygarnęła Tuwima. Od 1956 Słonimski staje się przez jakiś czas szefem ZLP, potem zbliża się do środowisk opozycyjnych. Jego postawę ma oddawać słynny cytat: „Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw”.
Jakby niesprawiedliwie to nie zabrzmiało: Na tle działalności innych, czy to w PRL czy na emigracji, prawie nikt ze Skamandra nie wybił się na znaczącą pozycję. Wyjątkiem jest Iwaszkiewicz – słabo w tamtych latach związany ze środowiskiem – który wojnę przepędził w kraju, a po wojnie dorobił się naprawdę imponującego odbioru. Reszta nie dorzuciła wiele do dorobku okresu międzywojennego. Podobnie i Tuwim, po „Kwiatach Polskich” (napisanych w czasie wojny) nie opublikował nic godnego uwagi. Pomimo bardzo krytycznego stosunku, nikt z jego dawnych znajomych nie kwestionował wielkości Tuwima jako poety.

