Tuwim, Kołłątaj i Tazbir – mnisie zawiłości
Historia pewnego artykuliku, zacytowanego przez Tuwima w rubryce „Cicer cum caule” w czasopiśmie „Problemy”, pokazuje czym w istocie były owe „groszki w kapuście” wyszukiwane przez poetę. Zabawa polegała na znalezieniu ciekawej, zaskakującej, a nawet kuriozalnej treści zapisku. Nie chodziło w żadnym razie o to, czy opisywane zdarzenie w ogóle miało miejsce. Poeta nie doszukiwał się też kontekstów wyszukanych opowieści. Wiele z nich było na pewno nieprawdziwych – ważne było to, że komuś chciało się coś podobnego wydrukować.
Zanim przejdę do sedna – trzeba zauważyć, że dziś podobne działanie nie ma raczej sensu. Śmieciowy kawałek Internetu, który przejął rolę śmieciowych druków wieku XIX, jest wypełniony prawie wyłącznie fejkowymi, naciąganymi i zadziwiającymi – czyli klikalnymi historiami, które w swojej masie stanowią bezwartościową pulpę. To co było wyjątkiem budzącym uśmiech, stało się nieśmieszną zasadą.
Zostawmy Internet, wróćmy do „Problemów” i oddajmy głos Józefowi Hurwicowi, redaktorowi naczelnemu:
Na początku lat 50. zostałem wezwany na istną rozprawę sądową nad „Problemami”, którą zorganizował Józef Kowalczyk, kierownik Wydziału Oświaty Komitetu Centralnego PZPR. Przekartkowując któryś z zeszytów z leżącego przed nim stosu, natrafił w „Grochu z kapustą” na rysunek choinki bożonarodzeniowej. Zostaliśmy więc oskarżeni o „religianctwo”. Na szczęście, przypomniałem sobie, że w innym miejscu tego samego działu znajduje się notatka krytykująca kler katolicki w XVIII w. To mnie uratowało.
Przeczytajmy więc, jakiż to antyklerykalny artykuł uratował Hurwica:
WESOŁA HISTORYJKA O DOBRACH MARTWEJ RĘKI
Przytaczamy ją z artykułu Adama Polewki („Wieś”, 1950, nr 13):
Jeżeli nie najjaskrawszym, to w każdym razie jednym z najbardziej jaskrawych przykładów anachronizmu historycznego, jakim są obszarniczo-feudalne przeżytki kościelne w Polsce Ludowej, są tak zwane „dobra martwej ręki” w województwie krakowskim. „Dobra martwej ręki”, jak wiadomo, są to majątki, które duchowieństwo nabywało przeważnie na mocy testamentów, sporządzanych na łożu śmierci, przeto i własność tę nazywano na Zachodzie „Propriete de la main-morte”, „Besitz der todten Hand” itd., a u nas dokładnie tak samo: właśnie „dobrami martwej ręki”. Te transakcje między umierającymi wiernymi a duchowieństwem były, jak pisze znany historyk Tadeusz Korzon, „czynione gwoli odpuszczenia grzechów lub stokrotnej nagrody w niebiosach, co uważano za dobry interes handlowy, określając testatorów na rzecz kościoła jako mądrych kupców, którzy chcą kupić na ziemi to, co mogą posiadać w niebie”. Ten dobry interes (używam określenia Tadeusza Korzona) nie obywał się bez specjalnie opracowanych metod zachęcania wiernych do zapisów testamentowych. Metody te rozsławiła odnośnie do zakonu jezuitów słynna książka Zahorowskiego „Monitor Sanctae Societatis Jesu” wydana na początku XVIII wieku. W dziele swym pt. „Stan oświecenia w Polsce w XVIII-ym wieku” ksiądz Hugo Kołłątaj, jeden z twórców Konstytucji 3 Majowej, podaje zabawny fakt ilustrujący przebiegłe metody pozyskania testatorów przez kler, zwłaszcza klasztorny. Naturalnie, celowali w tym jezuici. Oni to właśnie zastawiali sieci na bogatą i zhisteryzowaną bigotkę i wdowę, kasztelanową Firlejową z Tęczynka pod Krakowem. Objąwszy nad nią duchową opiekę, rządzili się w jej dobrach jak szare gęsi, a w zamian za uległość i życzliwość w stosunku do zakonu jezuitów przyobiecali jej ułatwić bezpośredni kontakt ze świętym Alojzym i świętym Stanisławem Kostką. Obaj wymienieni święci zjawili się naiwnej niewieście w ziemskiej postaci i początkowo bardzo niebiańsko oficjalni, z czasem zaczęli zachowywać się familiarnie, że nie tylko zasiadali do sutej uczty z bogatą wdową, ale nawet łaskawie z nią przy dźwięku muzyki, oczywiście niebiańskiej, pląsali do późnej nocy. Na nieszczęście mieli jezuici groźnego konkurenta w postaci zakonu ojców karmelitów bosych, zamieszkałych w pobliskiej eremie. Aby jezuitom popsuć szyki, jeden z braciszków zakonu karmelitów wszedł w porozumienie ze służbą kasztelanowej i w umówiony wieczór zjawił się w zamkowych komnatach przebrany za świętego Piotra, odbierając od służby i kasztelanowej hołd, należny niebieskiemu klucznikowi. Wszedłszy na salę biesiadną przykładnie obił kluczami obu konkurencyjnych świętych i zdemaskował oszustów. Wdzięczna kasztelanowa miała majątek zapisać na fundację klasztoru ojców karmelitów w Czerny koło Krzeszowic.
Trzeba przyznać, że robi wrażenie. Zajęło mi trochę czasu zanim znalazłem oryginalny tekst Kołłątaja, który wspominany jest w notce. Zacznijmy od tego, że właściwy tytuł dzieła księdza Hugona brzmi „Stan oświecenia w Polsce w ostatnich latach panowania Augusta III”. Jak już znajdzie się odpowiednie wydanie książki (w późniejszych wydaniach usunięto anegdotę o mnichach), naszym oczom ukaże się ponad 10 stron (!) przypisu, zawierającego barwnie opisaną historię:
Firlejowa była panią całego hrabstwa tenczyńskiego, mieszkała w Tęczynie w zamku, o 3 mile od Krakowa odległym, w którym najdowała się kaplica publiczna, obszerne pańskie mieszkanie, zamknięte fortecą wedle zwyczaju owego wieku. Jezuici opanowali tę słabą dusze; Firlejowa najpierwej poddała im swoje sumienie, potem swoje majętności i dochody, odosobniona od całej społecznością żyła tylko z swoim ojcem duchownym, z Jezuitami, lub innemi osobami, które on chciał przypuścić; był już od tego wyznaczony Jezuita, który pilnował zwodu przy zamku tenczyńskim: nikomu tam nie wolno było przystąpić, póki nie zdał sprawy dozorcy; wszystkie rzeczy i interessa doczesne załatwiał inny Jezuita, który był komisarzem w dobrach; Firlejowa rozmyślała tylko o rzeczach niebieskich, dziękując Jezuitom, że przyjęli na siebie ciężar, zatrudniać się marnościami tego świata; ojciec duchowny utrzymywał ją zawsze w tej nadziei, że prowadząc podobne życie, przyjdzie nakoniec do tak szczęśliwego stanu, iż będzie miała wizye niebieskie i obcowanie z świętemi; jakoż w samej rzeczy przyszło do tego, że Firlejowa rozumiała obcować z ś-tym Alojzym i z ś. Stanisławem Kostką: byli to nowicyusze od ś. Macieja, których czasami posyłano do Tęczyna, aby się w mistyczny sposób pobożnej objawiali dewotce. Wizye te bardzo się podobały Firlejowej, święci do takiej przyszli poufałości, że nawet biesiadowali w przytomności wielu; nieraz się dała słyszeć niebieska muzyka, nieraz pobożna Firlejowa tańczyła z ś. Alojzym, lub z ś. Stanisławem Kostką. Ojciec duchowny do tego punktu utwierdzał ją w tej wierze, iż pewną była, że te wszystkie niebieskie słodycze, były nagrodą jej nabożeństw i oddalenia się od świata. Kiedy przez przeciąg lat wielu Jezuici korzystali z dochodów Firlejowej, a dewotka z wizyi niebieskich; zazdrość szukała sposobów, jakby pomieszać tak przyjemne życie, które było owocem jałmużn, postów i abnegacyi świata. Mimo najbaczniejszy Jezuitów dozór, rozchodziły się przecież wieści o życiu Firlejowej, żywo pogrzebanej w zamku tenczyńskim; daremnie szemrała familia, daremnie narzekali dawni słudzy, nikt nie mógł przeszkodzić kredytowi Jezuitów; Firlejowa nikogo więcej nie widziała, z nikim się nie wdawała; było to życie niebieskie, na którem się świat ten nie umie poznać.
Jeden przecież laik od Karmelitów bosych, podjął się oswobodzić Firlejową, mimo jej zezwolenia. Był to sławny kwestarz, umiejący doskonale sztukę pochlebstwa, za pomocą którego, potrafił przejść za most tenczyński, pod pozorem jałmużny, czynił wszystkie attencye Jezuicie, który zawiadywał dobrami, a który właśnie miał swój apartament przy samej bramie zamku tenczyńskiego. Kilka razy opatrzony jałmużną, starał sic trafiać nareście pod taką porę, że mu dozwolono zanocować u murgrabiego. Dowcipny laik nie mieszając się w rządy jezuickie, starał się jednak nabyć wiadomości od ludzi służących, jaki ich pani prowadzi życia sposób; nieoszczędzali słudzy wszystkiego, co się działo. Po opowiedzeniu wszystkich pobożnych historyi, następowało opisać, jakie sobie Jezuici z niej czynią igrzyska: szły historye o wizyach i nowicjuszach, o wieczornych biesiadach, czemu wszystkiemu słudzy ulegać musieli, aby nie utracić zyskownego na dworze miejsca. Doniósł o tem wszystkiem familii i zwierzchności duchownej przebiegły laik, i pierwszy raz dowiedziano się w Krakowie o scenach, które Jezuici wyrabiali na Tęczynie.
Nie można się było wziąść do żadnych gwałtownych środków, chodziło albowiem familii o to, aby bogatej nie rozgniewać dziedziczki, która mogła cały majątek alienować. Laik podjął się przez błazeństwo i trefnictwo Jezuitów z Tęczyna wykurzyć. Wiedział on, którego dnia odprawiać się zwykła niebieska na Tęczynie biesiada, kazał sobie zrobić dwa wielkie klucze i one pozłocić, przygotował sobie domino, któreby go w stroju oddało podobnym ś. Piotrowi, wziął z sobą kursora konsystorskiego na świadectwo, żeby potem Jezuici nie zaparli wszystkiego, co się działo. Zjechał wedle swego zwyczaju wieczorem, i udał się prosto do ks. komisarza, prosząc o jałmużnę i przenocowanie. Naznaczono mu stancye u murgrabiego. Laik napił się dobrego wina, dla nabrania śmiałości i dobrego humoru, i spokojnie czekał, aż po długich modlitwach Firlejowej, zstąpili na ziemię niebiescy goście i zaczęła się w zamku duchowna biesiada, wtenczas przeprowadzony od murgrabiego, przypatrował się z pobliższego pokoju wszystkim zabawom.
Trwała w późną noc wspaniała kolacya, ku północy dały się słyszeć śpiewania i niebieska muzyka, zaczęły się tańce: Firlejowa poszła w pierwszą parę z ś. Stanisławem Kostką dalej ojcowie duchowni z pannami JW. pani, i kiedy cała kompania w najlepszym najdowała się humorze, dało się słyszeć brzęczenie i stukanie drzwiami, w odległych pokojach, jakiego nigdy do owego czasu nie słyszano; zbliżał się coraz bardziej głos i stukanie, które swą nadzwyczajnością przysposobiły do bojaźni całą kompanią; nareście okazał się ś. Piotr, jak go zazwyczaj malują: łysy, w niebieskiej sukni, z wielkiemi kluczami. Murgrabia i inni słudzy, którzy do sekretu należeli, chcąc powiększyć bojaźń, padli na ziemię. Firlejowa zmieszała się na widok świętego, który dopadłszy mniemanego ś. Stanisława Kostkę, okładał, go bez litości kluczami, narzekając, że dla jego zabaw, nie może nieba tak długo trzymać otworem, aż nareście biedny nowicyusz zaczął płakać, wtenczas Karmelita oświadczył mu, że go poty bić bodzie, póki się nie przyzna przed tą pobożną duszą, którą tak zwodził, kto jest w samej rzeczy. Nie trzeba było długo nad nowicyuszem pracować; wyznał swoje przezwisko, powiedział, jak się zowią, zgoła, odkrył całą scenę z zawstydzeniem wszystkich przytomnych Jezuitów, którzy przez tyle lat, robili sobie igrzysko z pobożnej, lecz słabej duszy. Wtenczas laik karmelicki rzekł do nowicyusza jezuickiego: kiedy ty przestałeś być ś. Stanisławem Kostką, i ja przestaję być ś. Piotrem, i opowiem wszstko JW. pani, kto jestem, i dla czego osobę ś. Piotra na siebie przybrałem. Jestem laik karmelicki, dostałem się do tego zamku za kwestą; narzekania służących nauczyły mnie, co za dziwactwa Jezuici z J. W. panią robią; widziałem, że nietylko nadużywają dobroci pańskiej, ale nawet czynią zgorszenia fałszywemi cudami. Już się to za zamek daleko rozeszło, że nowicyusze jezuiccy udają śś. Pańskich; zwodzą J. W. panią, z czego się cały świat naśmiewa; teraz odchodzę i zostawuję woli J. W. pani czynić, co się podoba: mnie nie można nic złego zrobić, bo mam z sobą kursora konsystorskiego na świadectwo.
Słuchała z cierpliwością całej tej mowy Firlejowa, spoglądając na zawstydzonych Jezuitów, a obrażona tak długiem swej osoby igrzyskiem, tej samej nocy wszystkich Jezuitów do Krakowa odesłała; laika karmelickiego osadzone w apartamencie ks. komisarza, sprowadzono parę Karmelitów, którzy zastąpili miejsce OO. duchownych. Firlejowa jednak z swego zamku więcej nie wyjeżdżała, z swemi krewnemi widzieć się nie chciała, przepędziła resztę życia z Karmelitami, wystawiła dla nich wspaniały klasztór w lesie na Czerni, opatrzyła bogatym funduszem, i w tym nowym kościele pogrzebać się kazała. Jest to bardzo przyjemne miejsce, nie daleko od Krzeszowic, gdzie dwie wysokie góry, złączone murowanym mostem na arkadach o trzech kondygnacyach.
W oryginale brzmi znacznie lepiej niż w krótkim streszczeniu z „Wsi”, zacytowanym przez Tuwima. Jakby jednak historia ta nie wyglądała, to jest… nieprawdziwa. Fejki nie są wymysłem XXI wieku. Żeby się o tym przekonać, zacytuję prawdziwego znawcę Polski szlacheckiej, jakim jest Janusz Tazbir. Tekst pochodzi z jego pracy „Osierocone cytaty”:
Anegdoty często zmieniały swoich bohaterów. Sięgając do czasów nam współczesnych można być pewnym, że znaczna część dowcipów radia Erywań zrodziła się poza granicami ówczesnego ZSRR, w większości w Warszawie. (…) Zwłaszcza nasze Oświecenie stało pod znakiem swobodnych przekładów, adaptacji i bezceremonialnych przeróbek. W stale i bezkrytycznie cytowanej anegdocie Hugona Kołłątaja na temat Anny z Tęczyńskich Firlejowej, której pobożność jezuici mieli rzekomo wykorzystać w perfidny sposób, prawie nic się nie zgadza ze świadectwem innych źródeł.
Anna tańczyła jakoby z nowicjuszami tego zakonu — podającymi się za świętych Alojzego (Ludwika Gonzagę) i Stanisława Kostkę. Nieraz przy tym dała się słyszeć „niebieska muzyka”. W ten sposób chciwi jezuici przez wiele lat „korzystali z dochodów Firlejowej, a pobożna dewotka z wizyt niebieskich”, przeto starano się nie dopuścić do niej nikogo, kto by otworzył jej oczy na to oszustwo. Z zamku w Tęczynie, o 3 mile odległego od Krakowa, uczyniono istną „zamkniętą fortecę”. Firlejowa rezydowała tam jako pani „całego hrabstwa tenczyńskiego”. Na szczęście pewien kwestarz z zakonu karmelitanów „podjął się przez błazeństwo i trefnictwo jezuitów z Tęczyna wykurzyć”. W tym celu przebrał się za św. Piotra (zjawił się „jak go zazwyczaj malują: łysy, w niebieskiej sukni, z wielkimi kluczami”). Bijąc nimi rzekomego św. Stanisława Kostkę i krzycząc, iż „dla jego zabaw nie może tak długo nieba trzymać otworem”, zmusił go do wyznania Firlejowej całej prawdy. Ta zaś jeszcze tej samej nocy odesłała wszystkich jezuitów do Krakowa. Na ich miejsce sprowadziła karmelitów, którym wystawiła wspaniały klasztor w lesie na Czernej, hojnie go wyposażając. Wszystko to miało się dziać za rządów Augusta III Sasa.
Wprowadzając tę anegdotę do swojej opowieści o stanie oświecenia pod berłem tego monarchy Kołłątaj dał raz jeszcze upust swej znanej niechęci do jezuitów. Zdaniem współczesnych nam historyków katolickich w jego książce znajdujemy obraz „daleki od bezstronności”. Trudno zaprzeczyć, że w wielu miejscach obraz ten graniczył z pamfletem. Miał on torować drogę radykalnej reformie zarówno państwa jak i Kościoła polskiego. Stanowił integralną część zdecydowanej rozprawy z wiekiem ciemnoty, przesądów i dewocji, której patronował Kościół. Anegdoty służyły ubarwieniu tekstu. Odpowiadały też tak charakterystycznej dla ludzi tej epoki chęci łączenia indoktrynacji z elementami rozrywki.
Prawda historyczna mało chyba w tym przypadku obchodziła Kołłątaja. I to tak dalece, iż świadomie (lub niechcący) poplątał Annę Firlejową z Agnieszką Firlejową, która żyła o sto lat wcześniej (1578-1644) i istotnie była wielką dobrodziejką Towarzystwa Jezusowego. Jej duchowym kierownikiem był m.in. sam Piotr Skarga. (…) Poślubionego w 1594 r. Mikołaja Firleja (zm. 1601) przeżyła o wiele lat. Zdążyła mu jeszcze urodzić syna Jana i dwie córki. Obie poszły do klasztoru benedyktynek.
(…) Osiadłych w Czernej zakonników Firlejowa zobowiązała do wykupu kobiet z niewoli tatarskiej i tureckiej. Na ten cel przeznaczyła stały fundusz, na zaopatrzenie zaś klasztoru miały iść dochody z oddanych karmelitom bosym w posiadanie wsi (m.in. Paczołtowice, Siedlec i Żbika). Ich kościół posiadał drogie i bogate wyposażeniu, a w skarbcu wiele przedmiotów ze złota i srebra. (…)
Wszystko to skłania do przypuszczenia, iż jakieś zatargi Firlejowej z jezuitami mogły mieć istotnie miejsce, a ich echa przetrwały w legendzie rodowej, docierając w sto lat później do Kołłątaja. Utworzył on na tej kanwie barwną, oświeceniową, antyjezuicką (i antyklerykalną) legendę, do której dodał zaczerpniętą ze starofrancuskiego przekazu opowieść o tańcach dewotki z jezuickimi nowicjuszami. Firlejowa nie rezydowała oczywiście w Tęczynie, najczęściej przebywała w Balicach pod Krakowem lub Janowcu, gdzie miał swe siedziby jej małżonek. Ze źródeł jezuickich wynika, iż w Tęczynie jezuici posiadali jedynie skromną placówkę misyjną.
Tazbir zauważa dalej, że Kołłątaj, jako krytyk porządków panujących w ówczesnej Polsce, był lubiany przez propagandystów PRL. Dziś daje się zaobserwować proces odwrotny – budowana jest czarna legenda ludzi Oświecenia, którym przypisuje się przeinaczanie historii i utrwalanie złego obrazu osiemnastowiecznej Rzeczypospolitej. Nie chciałbym, żeby niniejszy, humorystyczny tekst, był traktowany jako jeden z elementów tego nurtu.
* * *
Zaczęliśmy lekturę od wspomnień Józefa Hurwica, którego wezwał „na dywanik” kierownik Wydziału Oświaty Komitetu Centralnego PZPR. Na choince i jezuitach wcale się nie skończyło:
Przeglądając następnie inny numer „Problemów” Kowalczyk rzucił okiem na artykuł antropologiczny Krystyny Modrzewskiej o kanonach piękna. Obejrzał z tryumfalnym zaciekawieniem rysunki (w obu przypadkach ograniczył się do rysunków) charakteryzujące różne proporcje ciała ludzkiego u murzynów i białych. Uznał, że jest to propaganda rasizmu i na dowód tego oświadczył, iż sam widział w Paryżu Joséphine Baker prawie nagą, i „stwierdził”, że nie ma żadnej różnicy między budową ciała murzynki i kobiety białej. Nie próbując kwestionować jego znajomości anatomii ciała kobiecego, usiłowałem wyjaśnić że walka z rasizmem nie polega na negowaniu obiektywnych faktów przyrodniczych, lecz przeciwstawieniu się wyciąganym stąd pewnym wnioskom społeczno-politycznym. Z trudem, ale jakoś się wybroniłem. Skończyło się na pouczeniu mnie o potrzebie wzmożenia czujności.
Hurwic, po wydarzeniach marcowych, wyjechał z Polski w 1969 roku. Osiedlił się we Francji, gdzie mieszkał do śmierci.

