Jeden wiersz – Kartofle
Wiersz „Kartofle” ukazał się w tomie „Rzecz czarnoleska” z roku 1929
KARTOFLE
Czujesz? Ogniskiem pachną te pogańskie lata,
Gdy iskrami trzaskały żagwie jałowcowe
I dym wełnistym kłębem za wiatrem ulatał,
I marszczyły się z żaru kartofle surowe.Gdy zrudziałą gałęzią, iglastą i suchą,
Huknąć stos w łeb płomienny – jakbyś w ogień cisnął
Worek żywych chrabąszczy! Takim sykiem prysnął,
Taką paniczną chmarą iskromiotu buchał.I nigdy tak kartofel podany do stołu
Nie nęcił, jak ten właśnie, z przyswędem i węglem,
Łapczywie wytrącony patykiem-pocięglem
Z siwej, gorącej mąki leśnego popiołu.Z dłoni go w dłoń przerzucać! dmuchać, bo gorący!
Parzy obłuskiwaną spieczoną łupiną!
Tknąć w sól z papierka! wchłonąć w usta chuchające,
Żeby się na skaczącym języku rozpłynął!Łódkami się przez siwą Pilicę wracało,
Z prądem, wiatrem, pod wieczór, pod zorzę wiśniową,
W milczeniu, zamyśleniu, z gorejącą głową.
Tak się ogień, popioły i smutek poznało.
* * *
Jeden wiersz.
To twój odbiór po jego przeczytaniu, jest dla ciebie tą właściwą i prawdziwą interpretacją. Ale jeśli chcesz przeczytać, co może oznaczać dla innych, możesz przejść dalej… Mam nadzieję, że znajdziesz tam coś więcej od szkolnego „co poeta miał na myśli…”
* * *
Czasami wystarczy jedna linijka, jedno zdanie – słowa uderzają czytelnika, wdzierają mu się do głowy i zadanie autora sprowadza się do tego, by nie zepsuć pierwszego, mocnego wrażenia. Znamy to: „zaczynamy od trzęsienia ziemi, a potem tylko zwiększamy napięcie…” W wierszu „Kartofle” właśnie taką mamy sytuację. Chodzi o zdanie: ogniskiem pachną te pogańskie lata. Przy czym słowo ognisko jest najwyraźniejsze, napisane zostało jako pierwsze. Ta fraza wiersza opanowuje pamięć i wyciąga z niej wspomnienia – bo przecież każdy, kiedyś, często po kryjomu, rozpalał jakieś ogniska. Zanim akcja pójdzie do przodu, koniec strofy ustawia uwagę na pieczone ziemniaki.
Potem w wierszu trochę się dzieje. Pojawiają się buchające płomienie i iskry, ale po chwilowym wybuchu mijają, by oddać pole upieczonemu kartoflowi. Ten wciąż przypomina zapach (swąd) dymu, który zatrzyma się na ubraniach i włosach – tego nie ma jawnie w tekście, ale jest w smaku. Wiersz nakazuje pamięci go odtworzyć. To punkt kulminacyjny.
W końcu następuje uspokojenie. Powrót do domu jest samotny, bo zamiast wracaliśmy, mamy się wracało. To znaczy, ognisko pewnie rozpalone było przez jakąś grupę i upieczone ziemniaki pewnie jadła więcej niż jedna osoba, ale doświadczenie ognia, zmierzchu i powrotu do „cywilizacji” są w niezrozumiały sposób osobne. Nie da się też wytłumaczyć, dlaczego wspomnienie ogniska ma wiązać się ze smutkiem. A to przecież ostatnia rzecz przywołana w utworze. To jej dźwięk wybrzmiewa po zakończeniu. Smutek i zapach ogniska pogańsko rezonują ze sobą, jeszcze przez długi czas.
Czy udało się zajrzeć na chwilę do innego świata? Innego niż codzienna – podana do stołu – rzeczywistość?

