Julian Tuwim w Internecie

Groch z kapustą – szpargalarnia

Rubryka Groch z kapustą w Problemach

Poniżej wybór ciekawostek publikowanych przez Tuwima w miesięczniku „Problemy” w dziale „Cicer cum caule czyli Groch z kapustą”. Pomimo ich nieodpartej śmieszności, pozwalają zastanowić się nad upływającym czasem – tu polecam artykulik o choince. Być może nasze przemądre, dzisiejsze gazety, nie mówiąc o internetowym śmietniku, będą wyglądały równie śmiesznie dla naszych potomków za lat kilkadziesiąt.

GALIMATIAS RODZINNY

Żart stary, ale dobry. Przytaczamy go za warszawskim „Bazarem” z r. 1865.

Poznałem młodą wdowę, posiadającą dorosłą pasierbicę. Z wdową ożeniłem się wkrótce ja, z pasierbicą mój ojciec. W ten sposób moja żona została świekrą swego teścia, moja pasierbica moja macochą, mój ojciec zaś moim pasierbem. Macocha moja, pasierbica mojej żony, powiła syna, przybył mi zatem brat, jako syn mego ojca i macochy, ale ponieważ był on jednocześnie synem mojej pasierbicy, żona moja została babką, a ja dziadkiem mego przyrodniego brata. Ponieważ i mnie wkrótce urodził się syn, macocha moja, przyrodnia siostra tego chłopca, została nadto jego babką, gdyż był on synem jej pasierba, a ojciec nasz został szwagrem naszego dziecka, jako mąż jego siostry. Jestem przeto bratem mego własnego syna i szwagrem mojej matki, moja żona jest ciotką własnego syna, a ja swoim własnym dziadkiem.

CO CZŁOWIEK MOŻE ZROBIĆ PRZEZ JEDNĄ MINUTĘ?

W pewnym starym romansie znajduje się taki ustęp:

Teodor podjechał do ogrodu, zeskoczył z konia, przelazł przez płot, pobiegł do altany, gdzie spoczywała Elwira, wszedł tam ostrożnie i rzucił się do stóp swej bogdanki. Ona z wykrzykiem radości podniosła go, Teodor usiadł przy jej boku, rzucił się na jej łono i zatonął w oceanie szczęścia. Wszystko to było dziełem jednej minuty.

(„Kurier Świąteczny”, 1873, nr 48.)

TAJEMNICE KRYPTOGRAFII

Działo się to w Austrii, podczas pierwszej wojny światowej. Dowództwo pewnego okręgu wojskowego zażądało od jednego z pułków piechoty podania numerów aut ciężarowych, jakimi rozporządza. W odpowiedzi przychodzi depesza:

27345, 9811, 3465, 7859, 10341

Depesza przez pomyłkę dostała się do rąk szefa szyfrów w sztabie generalnym. Odszyfrował ją oczywiście, nie zastanawiając się wobec nawału pracy nad jej treścią. Jej tekst brzmiał:

Koreańska rodzina królewska w Krakowie nad Dunajcem zaręczona ze szmalcem pod torpedą. Nb. sprawdzić! Pomyłka nie wykluczona.

Anegdotę powyższą opowiadaliśmy kiedyś pewnej znajomej pani. Uśmiała się serdecznie. Nazajutrz telefonowała do nas: „Ten pański dowcip o szyfrowanej depeszy był znakomity. Chciałabym go powiedzieć mężowi, ale niestety nie zapamiętałam tych liczb. Niech pan będzie tak dobry i podyktuje mi…” Uczyniliśmy to natychmiast, albowiem prośby pięknych pań są dla nas zawsze rozkazem…

KONIUGACJA

Pewien cudzoziemiec skarżył się na trudny język polski. Jako dowód przytaczał koniugację czasownika JEŚĆ:

Ja jem – od „jajo”

ty jesz – od „tyć”

on je – przecież JE to czwarty przypadek liczby mnogiej od ONA, WIĘC KOGO on i CO?

my jemy – od „myć”

wy jecie – od „wyć”

oni jedzą – od „jechać” (my jedziemy, wy jedziecie, oni jedzą).

NIEZNANA IMPROWIZACJA MICKIEWICZA

Pewien minorum genitum poeta improwizował w obecności Mickiewicza i nagle utknął w połowie jakiejś strofy. Osamotnione dwa wiersze – jeden kończący się na -anie, drugi na -ański daremnie czekały na bratnie dźwięki. Wtedy Mickiewicz wstał i dokończył:

Mówcie wszyscy Anioł Pański,
Bo już widać muz konanie!
Gdy natchnienie pierzcha wieszcze,
Gdy już braknie ognia z nieba,
Grzechem jest wierszować jeszcze,
Spać iść trzeba, spać iść trzeba!

(„Przewodnik”, Lwów 1856, nr 72.)

WIERSZYKI ALBUMOWE

Są one jednym z licznych rodzajów folkloru poetyckiego (lub skromniej: wierszopisarskiego), o jakim mówiliśmy w tym dziale, podając próbki wierszy „karmelkowych”. Nieporównane śliczności wpisywały sobie niegdyś pensjonarki do podłużnych albumików. Zwyczaj „prowadzenia albumu” dochował się do dzisiaj, lecz miejsce dawnych rymowanych życzeń i sentymentalnych oświadczeń zajęły w sztambuchach dziewczęcych przeważnie autografy rozmaitych sław aktualnych. Pewna dwunastoletnia pannica prosiła mnie niedawno o „wpisanie się” do jej imionnika (jak to dawniej mówiono) — i znalazłem w nim dziesiątki podpisów gwiazd filmowych, sportowych, aktorskich oraz parę autografów mniej lub więcej znanych pisarzy, Illo tempore inaczej bywało… A mianowicie tak:

Na górze róże,
Na dole fiołki,
Kochajmy się obie
Jako dwa aniołki.

Gdy opuścisz szkolne mury,
Puścisz się w daleki świat,
Wspomnij sobie, wspomnij mile
Przyjaciółkę dawnych lat.

Zginęła Grecja, zginęła Troja,
Ale nie zginie wielka miłość moja.

Wierszykom towarzyszyły zasuszone kwiaty, naiwne rysuneczki, kolorowe kalkomanie albo poprzylepiane ptaszki i aniołki. Wszystko wprawdzie „seryjne”, już wtedy stare i oklepane, ale jeszcze „stylowe”. W innym, późniejszym sztambuchu prowincjonalnym (1910) zaczęły się już zjawiać dowcipy w rodzaju:

Gdy cię ujrzałem, jak krajałaś sadło,
Serce moje jak pies do wody upadło,
I przylgnęło do ciebie jak do drzewa klajster.
Boś ty mego życia oberpolicmajster.

Ale to były pozycje wyjątkowe. Przeważały w starych albumikach rymowane sentencje uczuciowe i umoralniające.

Miej zawsze przed oczyma tę trudną naukę,
Zrobić z sztuki naturę, a z natury sztukę.

Serce sercem się poznaje,
Serce z sercem się rozstaje ,
Serce serca o to prosi,
Niech go serce w sercu nosi.

Jak fijołek śród ukrycia,
Ożywiony tchnieniem wiosny,
Tak ty każdy moment życia
Miej szczęśliwy i radosny.

Zabawne parodie na pensjonarskie wynurzenia liryczne napisał w r. 1888 Klemens Junosza.

Choć deszcze padać będą
I śniegowe burze,
Nie przestanę cię nigdy Kochać
Przez K duże.

Cztery razy dziewięć jest trzydzieści sześć,
Gdy gruszka dojrzała, to ją trzeba zjeść.
Osiem razy osiem jest… już zapomniałam,
Pamiętaj, najdroższa, jak ja cię kochałam.

Kiedy będziesz salopkę zdejmowała z kołka,
Pamiętaj, że ja byłam twoja przyjaciółka.

Sławetne „ile razy tłuste zrazy…” powstało, jak sądzę, jako parodia popularnego niegdyś wierszyka albumowego, przytoczonego przez Eustachego Tyszkiewicza w „Notatkach panny respektowej” („Tyg. Ilustr.” 1872):

Ile razy te wyrazy
Wpadną w oczy tobie,
Razy tyle wspomnij mile
O mojej osobie.

Na zakończenie i jako ukoronowanie wszystkich parodystycznych tekstów sztambuchowych, podaję wypisany z „Kuriera Świątecznego” (1896) komiczny ośmiowiersz:

W księżycową noc zimową
Płacze Józef na jej grobie,
A gdy mu już łez zabrakło,
W same skronie strzelił sobie.

Jego wierny pies przyleciał
I nad trupem pana wyje,
I jak długo i tak mocno,
Że aż odwył sobie szyję,
Czego i tobie życzy kochająca cię…

WIELORYB W WARSZAWIE

Przytoczyliśmy niedawno w Tym Dziale głosy prasy warszawskiej z r. 1825 o królu wężów Mr. Hillu i jego (węża) kapryśnym apetycie. Niniejszym służymy nową tego rodzaju sensacją, tym razem wielorybią. Oto, w skrócie, wiadomości o straszliwym monstrum, jakie zjechało do Warszawy w październiku r. 1840. Czerpiemy je z ówczesnego „Kuriera Warszawskiego”:

Od dnia wczorajszego rogi naszych ulic okryte są czerwonemi afiszami wzywaiącemi lubowników i nielubowników cudów natury do przypatrzenia się kościotrupowi obrzymiego zwierzęcia Sango, mieszkańca oceanu, i niesłusznie przez starożytnych w poczęcie ryb umieszczonego. Ta ryba iest samicą; iej pradziadek był ten sławny bohater, w którego łonie ieden z wielkich Proroków 3 dni i tyleż nocy znajdował się. Ta małżonka wieloryba, przed naszemi zjawiaiąca się oczami, mieszka zwykle w wielkim oceanie; na teraz zaś obrała sobie siedlisko w Uieżdżalni Prymasowskiego Pałacu, gdzie całodzienne przyjmuie odwiedziny, wyiąwszy czas spoczynkowi poświęcony. (…) Przedwczoraj byliśmy świadkami zaimuiącego widowiska; w rzęsisto oświetlonej ujeżdżalni Pałacu Prymasów, gdzie są ułożone zwłoki olbrzyma, który 10 stuleci przeżył, odbywała się zabawa muzyczna. Wszystko działo się iakby czarodziejskim sposobem, słyszeliśmy ochocze walce Straussa, Lannera i Labitskiego. Zajmowała nas dobrze wykonana muzyka, lecz nie widzieliśmy wykonawców. Złudzenie wzrastało. Właściciel uprzejmy objaśniając szczegóły Wieloryba dotyczące, przekonał nas, że wewnątrz tegoż siedzi 14-tu Artystów i z tego stanowiska nas zachwyca. Myśl oryginalna – umieścić w nieboszczyku muzykę iemu przygrywaiącą, skojarzyć radość i wesołość ze śmiercią.

OPIS CZŁOWIEKA

W pismach krajowych z końca w. XVIII trafiają się często ogłoszenia o zbiegłych od panów służących i parobkach folwarcznych. Niesłodki musiał być żywot tych ludzi, skoro tak gromadnie uciekali od swych chlebodawców. Listy gończe tego rodzaju są bardzo pod względem obyczajowym ciekawe. Oto jeden z nich zamieszczony w „Gazecie Warszawskiej” z dnia 28 marca 1792 r.:

Ułan imieniem Wojciech, rodem z dóbr wsi Kotlice zwanej w województwie krakowskim, w powiecie księskim leżącej, wzrostu małego, krępy, pleczysty, twarzy okrągłej pucołowatej, bez wąsów i brody, czoła niskiego, włosy czarne, zapuszczone do arcaba (harcap) mający, wzroku ponurego, na oko lewe czasem bolejący, jąkliwo mówiący, myślistwa nieco znający, lat około 20 mający, po ułańsku ubrany, to jest w czapce żółtej przeszywanej z barankiem czarnym, w której pióro pół białe, pół czarne, w lejbiku żółtym sukiennym, na haftki zapinanym, w kurtce niebieskiej z obszlegami żółtemi, z guzikiem cynowym płaskim, w spodniach popielatych, mający drugie zielone, jeżeli ich nie przedał, w butach z polska niemieckich na obsacach, opasany pasem czarnym skurz. na sprzączki zapinanym, w płaszczu kołowym z sukna białego przybrudzonego, z kołnierzem wiszącym z sukna żółtego – ten uciekł w Warszawie od Pana swego, u którego z dzieciństwa wychowany przy Dworze lat kilkanaście służył, dnia 6 Miesiąca Marca, bez żadnej przyczyny danej sobie, zabrawszy całą z sobą wyż wyrażoną Liberyą. Ten człowiek, jako zbiegły, testymonium żadnego nie ma, chyba zmyślone: zaczym na mocy Prawa obwieszcza się Publikum, upraszając, iżby wyrażonego Zbiega, gdziekolwiekby się pokazał, czy sam przez się, czy w kompanii z drugim, nie dawno od tegoż pana za hultajstwo odpędzonym, a tu podobno przez niego w Warszawie zbałamuconym i odmówionym, wszędzie rzeczonego Wojciecha Ułana łapano i przytrzymano etc. etc.

W szczegółowym opisie zbiega zastanawiająca jest jedna luka: pan nie podał tak ważnej cechy, jak kolor oczu… Kto wie, może się nigdy nie odważył spojrzeć swemu Wojtkowi prosto w oczy.

BACZNOŚĆ, CZYTELNICZKI!

Jak podaje „Opiekun Domowy” (1872, nr 12), parlament paryski wydał w r. 1772 edykt następujący:

Ktokolwiek za pomocą bielidła i różu, za pomocą pachnących olejków, fałszywych włosów, żelaznych sznurówek, wypchanych bioder, trzewików na wysokich obcasach i zbyt krótkich sukien wciągnie jakiego męskiego poddanego J.K. Mości w związki małżeńskie, będzie ścigany jako czarownica, a małżeństwo za nieważne i niebyłe ogłoszone zostanie.

KROKODYL W WIŚLE POD KRAKOWEM

Czytamy w „Czasie” (1897):

Dziś rano wybrało się grono myśliwych z Krakowa do Łęgu pod Mogiłą, gdzie od kilku dni w Wiśle widywali włościanie jakiegoś nieznanego im potwora, który napełniał ich strachem. Włościanie prosili myśliwych, by zgładzili "smoka", który obecnością swoją zakłócał ich spokój, a p. Anczycowi, właścicielowi drukarni w Krakowie, udało się prośbie włościan zadość uczynić. Celnym strzałem ze sztućca w głowę zabił p. Anczyc niespotykanego u nas nigdy potwora, który okazał się typowym krokodylem nilowym. Łup myśliwski p. Anczyca jest wcale pięknym okazem; mierzy on całe dwa metry długości, a waży 29 i pół kilograma. Kula strzaskała mu czaszkę, a w paszczy nosi ślady krwi. W ogrodzie, obok drukarni p. Anczyca, liczne towarzystwo ogląda niebywałe dziwo. Prawdopodobnie zabity w Wiśle krokodyl uciekł z menażeryi, która przed kilku dniami bawiła w Krakowie, a dostał się łatwo do Wisły, gdyż menażerya pomieszczona była nad samym brzegiem rzeki na Półwsiu Zwierzynieckiem. Zdaje się, że właściciel menażeryi, z obawy przed odpowiedzialnością, nie zawiadomił władz o ucieczce krokodyla.

WYPRACOWANIE 8-LETNIEJ DZIEWCZYNKI O KOCIE

Przytacza je jako autentyczne Jan St. Bystroń w księdze „Komizm” (1938):

Kot rozmnaża się przez swoje małe, które są dziewięć dni ślepe. Potem dostają oczy, a stara się nimi opiekuje, albo lata po dachach za kotami. Kotki są bardzo zabawne i zajmują się kłąbkami nici albo innymi swawolami. Potem uczą się łowić myszy, przyczem ich pazurów nie słychać. Uszy są ostre i kończyste do śledzenia myszki. Wreszcie wychodzi z dziury. Pozwala jej parę razy latać nim ją pożre. Kot jest obciągnięty różnym futrem. Bywa elektryczny, jak się go odwrotnie pogłaszcze. Z tyłu za nim znajduje się ogon coraz cieńszy, aż na końcu ustaje. Wskutek swych pazurów jest bardzo przywiązany i wspina się na drzewa, gdzie łowi jaja dla swych młodych.

ZNIEWAŻONA CHOINKA

Wierzyć się nie chce, co o ślicznym zwyczaju zapalania drzewka wigilijnego, choinki, pisano w Warszawie niespełna sto lat temu! Ale wydrukowano to czarno na białym w „Kalendarzu Warszawskim” Ungra na rok 1864 (str. 69):

W części dawnej Polski, która zostawała pod zaborem pruskim, wprowadzono zwyczaj obdarowywania dzieci w wigilię Bożego Narodzenia choinką (Christbaum) uwieńczoną świeczkami zapalonymi i mnóstwem zawieszonych na niej cukierków. Zwyczaju tego pochwalić nie możemy, bo jeżeli od wieków panował w Polsce zwyczaj obdarowywania dzieci i starszych na gwiazdkę, czyli kolenda, za cóż wprowadzać do nas zwyczaje niemieckie i rozpowiadać dzieciom o jakimś Hajlerchryście (Heiliger Christ), kiedy się bez tego wybornie obejść można, a starym zwyczajem bez niemieckiego Hajlerchrysta dać dzieciom podarunek w imieniu najświętszej dzieciny złożonej w żłobeczku.

(…) I z jakiej przyczyny nad dzieciątko Jezus przenosimy Hajlerchrysta cudzoziemskiego, którego dzieci lękają się; dlaczego wprowadzamy cudzy obyczaj do naszych gniazd, stawiamy drzewka ubrane w śmiecie, jak gdybyśmy mieszkali nad brzegiem Pregla lub Sprei?

Obyczaj ten koniecznie wypada usunąć; stokroć lepiej ubrać dzieciom szopkę z dzieciątkiem w żłobie, z Marią, Józefem, pastuszkami, z wołem i osiołkiem, którą można równie świetnie uiluminować jak choinkę i przystroić gwiazdką trzechkrólową, a podarki ofiarować dzieciom w imieniu Bożej Dzieciny.

Czytelnicy nasi przebaczą nam oburzenie, jakie tu objawiamy, bo może sami na to nie zwrócili uwagi; trochę tylko dobrej woli, a w miejsce cudzoziemskiego wprowadzimy zwyczaj rodzinny, co by tym bardziej należało uczynić, że w innych prowincjach Hajlechryst zupełnie jest nieznany, a w miejsce jego wprost dziatkom dają rodzice kolendę.

PROTEST

W małym miasteczku USA redaktor miejscowego pisemka do tego stopnia wyżyłował się z pomysłów, że nie mógł znaleźć tematu do kolejnego artykułu wstępnego. Numer szedł już na maszynę, a tzw. „editorialu” już nie było. Zdesperowany, przepisał ze Starego Testamentu dziesięcioro przykazań i bez żadnych komentarzy, tylko z tytułem „Pamiętaj!” wydrukował na czele numeru. Po paru dniach dostaje odpowiedź: „Cofam prenumeratę. Nie pozwolę się wtrącać do moich spraw prywatnych. John Smith”.

MŁODZIENIEC ŹLE WYCHOWANY

W celu ustrzeżenia naszych Czytelników przed rozmaitymi złymi manierami i nawykami, przytaczamy poniżej wyjątki z książeczki „Rysy charakterystyczne złego wychowania czyli uczynki i mowy przeciwne grzeczności, które moraliści, tak starożytni jako i nowożytni, za takie uznali”. Pożyteczne to dziełko przełożył z francuskiego Stanisław Borodzicz, „były guwerner w chełmińskim Korpusie Kadetów”, i ogłosił drukiem w Warszawie w r. 1817. Rysów tego złego wychowania podaje autor aż 555. Oto celniejsze z nich. Pamiętaj młodzieży polska, abyś nie naśladowała takiego „typka” który:

Zdmuchywa świecę przed nosem osoby blizko niego będącey.

Otwiera na wietrze tabakierkę, którą porwał drugiemu, i zaprusza ci oczy tabaką.

Daje osobie, którą mało co zna, cukierki w których są gorzkie rzeczy.

Nanosi do domu swędu stajennego.

Słysząc śpiewanie, daje takt po kolanach lub barkach osób przy sobie bedących.

Dotykając się nożów, kamieni, kawałków szkła wzbudza dreszcz albo zgrzytanie zębów.

Śpiewa poziewując, poziewa mówiąc, cedzi słowa przez zęby i wydaje krzyk długi i żałosny.

Kładzie wszystko do gęby, co ma w ręku, rękawiczki, pióro, kwiatek, papier itp.

Sięga częstokroć ręką nieprzyzwoicie do swych piersi itd.

Zbliża nos do rzeczy przykry zapach maiącey i wrzeszczy krzywiąc się: „Ach jak to śmierdzi!”.

Wyciera sobie ręce chlebem, a potem go je.

Ma nos w talerzu, można powiedzieć jak baran pasący się na trawie.

Ociera czoło, oczy i nos serwetą lub obrusem, a nawet i ręką.

Zaprasza kogo złośliwie, aby jadł gorącą potrawę.

Nakłada sobie do kieszeni owocu, cukierków i innych łakotek stołowych.

Chowa miedzy policzki głowę.

Nadyma policzki, a potem dmucha.

Wyrywa niespodzianie z rąk chustkę osobie nos ucierającey.

Gdy ktoś ma usiąśdź, usuwa krzesło, ażeby ten upadł.

Inna sprawa, że redaktor Tego Działu (czyli Tuwim), z wrodzonej ciekawości, chętnie by spędził kwadransik w towarzystwie młodzieńca obdarzonego wszystkimi powyższymi cechami.

ZE SŁOWNIKA

Kilka pożytecznych informacyj ze „Słownika ilustrowanego języka polskiego” M. Arcta, zeszyt I, wyd. III r. 1929:

CHA! CHA! CHA! – głośne wyrażanie śmiechu.
CIAP! CIAP! – wyrażanie chodu powolnego albo mowy niewyraźnej.
CIP CIP CIPUCHNY! – wykrzyknik wabiący kury.
CIUP! – odgłos uderzenia.
CIUCIA! – pieszczotliwa nazwa pieska.

A tak swoją drogą, ciekawe czy dzisiejsi sławni poeci – czy ogólniej literaci – prowadzą takie „prace badawcze” przeglądając „Tinę”, „Pani domu”, „Super Expres” czy innego „Playboya”. OK. Sam sobie (pokrętnie) odpowiem na to pytanie: Dzisiejsi poeci z reguły nie utrzymują się z poezji i jeśli mają jakiś kontakt z podobnymi mediami, to są raczej autorami podobnych kuriozów…